You are currently browsing the monthly archive for czerwiec 2007.
I właściwie kończy się sielanka… Ostatnie dni były naprawdę cudowne i szkoda, że już się kończą. Ale może po kolei…
Wspaniałe dni są chyba przez ostatni okres najczęściej jak można.. czyli codziennie :P
W piątek wypad na Ślężę, ale o tym już było. W sobotę trochę odpoczęłam. Odespałam to i owo, poszukałam w necie rozwiązań na najbliższe dni i sprawy. I co najważniejsze, skończyłam czytać książkę. Jak narazie chyba ostatnią w języku polskim przed wyjazdem. Ale bądźmy dobrej myśli :) W niedzielę spałam dłużej niż do porodu o 7.55, ale można, w końcu to już po raz 19ty, to człowiek się już nudzi, a i mama mówi, że w domu (brzuchu) się nie mieszczę. Trochę żałuję, fajnie byłoby zobaczyć brzuch od środka, tym razem w sposób świadomy. Ale nie można mieć wszystkiego. Od rana śliczne róże od mamy i czekolada… Diety nigdy mi nie wychodziły, ale jakoś mi nie zależy. Ciastka też mama kupiła, bo potem Monisia miała wpaść w odwiedziny:) I przylazło to takie, nawet bramki otworzyć nie umiało, mimo, że specjalnie zostawiłam na te okazję otwartą, co to by się nie męczyć i nie bawić w otwieranie :) Lenistwo dobra rzecz – rozwija ciało i umysł! Od Monisi piękna branzoletka i kartka urodzinowa :) Tylko jak zwykle kartka nienormalna i nie ma jak jej powiesić. Monisia się spiera, że normalna, ale kto by jej tam wierzył? Artystka – dosłownie i w przenośni!
Plotowałyśmy, jak zawsze, aż tu nagle zjawił się Jerz z wielkim “buuu”, ale musiał poczekać, aż skończymy wszystkich obgadywać (jego już skończyłyśmy, zanim wszedł:P) tak oto zjedliśmy (no dobra, obrzarliśmy się ciastem.. mniam mniam), a potem udało mi się ich namówić na poszukiwanie skarbów. Nie znaleźliśmy, ale ja się nie dam. Właśnie przed godziną, czy dwiema, namówiłam Mariusza, że jak wrócimy, to idziemy poszukać tego geocacha!
W poniedziałek świętowałam, ale tym razem za M, G, R i kropke :* Bo mój najlepszy przyjaciel jest już magistrem i mogę się z nim wozić po mieście :) Już go chwaliłam tyle razy za tego magistra, a jemu i tak mało… Faceci :P Ale i tak go uwielbiam :)
We wtorek wreszcie upragnione góry. I choć już prawie byłam pewna, że jade do totalnej dziury na mapie, to okazało się to być miejscem jak z bajki. Ośrodek prawie pod górami, za oknem góry i uśmiecham się bo widzę góry. Żałuję tylko, że pogoda nam nie dopisała i nie udało nam się wdrapać w te góry. Zmarzłam straszliwie, ale warto było. Z drugiej strony cieszę się, że nie udało nam się iść w góry, bo to znaczy, że mam tu niezałatwione sprawy i jest pretekst aby pojawić się tu jeszcze raz. Zresztą, czy napewno muszę mieć pretekst, aby się tu pojawić? Raczej nie…
Niestety “sielanka” dobiega końca. Jeszcze tylko dumna z siebie jestem, bo na SP6ZPZ/6 udało mi się złapać Chorwację. Szkoda tylko, że nie na swoim znaku, ale ślicznie na QSLce zaznaczyłam kto to ja jestem :)
A teraz to już sobie siedzę w hufcu Bystrzyca Kłodzka i czekam na autobusik do domu. Jutro wielki dzień. Dziś za to dziwnie spokojna i zrezygnowana. Może to z powodu bezpieczeństwa jakie daje mi człowiek, który właśnie obok mnie siedzi, a może też to, że nie czuję się dziś najlepiej. Wolę to pierwsze… Szkoda tylko, że wyniki matury będę przeżywać zupełnie sama.
Ech… przyzwyczaiłam się. Ale to nie znaczy, że tak chcę.
Obiecana wyprawa doszła do skutku w końcu dzień później. Z powodu deszczu, burzy, ulewy, piorunów, okroooopnych grzotów i strachu (mojego rzecz jasna).
Zaczęłam pisać tego newsa na palmtopie na szczycie Ślęży, kiedy to właśnie sprawnie macając patyczkiem niby klawiaturę, pacnęłam sobie “wstecz” i się wszystko skasowało. A żeby nie poddać się wszech ogarniającej frustracji postanowiłam nie pisać go już drugi raz. Stamtąd bynajmniej.
Jak zwykle moje wędrówki nie mogły być zwykłe, tak samo i ta. Autobus nie jechał tam, gdzie ja chciałam, żeby jechał, więc pare kilosów on foot trzeba było przejść. Potem po drodze na górę atakowały mnie potwory. Wielkie, skrzydlate, pomarańczowo-czarne, bzyczące i wredne i padkudne i przerażające! Jeszcze nigdy się tak nie bałam. A Mariusz twierdził, że one mi nic nie zrobią… Jaaaasne… Już w domu z mamą doszłyśmy do wniosku, że to mogły być zmutowane pszczoły leśne. Czy tam osy… mniejsza. Potem Mariusz nagle stwiedził, że szukając swojego skarbu włączył naprowadzanie do mojego skarbu. Cóż :> Na szczycie było zimno i pupa mi odmarzła jak siedziałam na Niedźwiedziu. Ale w końcu sama chciałam mieć na nim zdjęcie:D
Skarb OCZYWIŚCIE odnaleziony! Tylko, że to uzależnia… Już wiem, że jutro pójdę po kolejną skrzynkę… Trzeba będzie kupić GPSa… Ratunku!
Dziś dużo rozmawialiśmy o ślężańskich legendach, o końcu świata, durnej drodze rowerowej. Zrobiono mi śliczne zdjęcia, a nawet ja też jakieś zrobiłam. Herbata w schronisku, tym razem w sezonie. W głowie radość i chęć na nieznane. Marzenia, plany i wakacje. Radość.
Hmmm… Mam teraz w domu małego ślężańskiego Niedźwiedzia. Teraz jeszcze sprawię sobię miniaturkę Kręgla i będę miała swój własny, prywatny, malutki Koniec Świata :) Ach te legendy!
Sprostowanie: Istnieje ponoć taka legenda, że jeśli dwie kamienne figury, które znajdują się na górze i w jej okolicach się spotkają, to będzie koniec świata. Jedna z nich to kamienny niedźwiadek, który stoi na szczycie Ślęży (o ten na zdjęciu), a druga to Kręgiel (choć ja uważam, że to jakiś krasnal, albo już sama nie wiem co), który stoi u jej podnóży, w miejscowości Sobódka. Pewnie i trochę prawdy w tym jest. Legenda w sumie wzięła się stąd, że ów kręgiel w ciągu kilkudziesięciu lat przemierzył już ponad 20km. I jakby lęk jest zrozumiały. (Oczywiście pomijamy to, że ktoś tego Kręga przewiózl, bo stwierdził, że tam, w Sobódce będzie wyglądał lepiej, niż tam gdzie był wcześniej:>) Jak już mówiłam – legendy :P

Zapomniałąbym! Udało nam się zrobić jedną, jedyną łączność ze szczytu. I kto ją zrobił? Oczywiście, że ja! Ha! Tylko co z tego, skoro już chyba z godzinę siedzę nad QSLką i nie wiem co dalej… Cudownie.
Dobranoc.
Poza tym, że oczywiście jestem ziemianką, a nie jakimś tam zielonym kosmitą, to “geo” występuje tu w dość innym znaczeniu: “Geocaching.”
Geocaching można nazwać zabawą, pasją, sposobem na czas wolny tak zwany… Dla mnie to coś, co sprawia radość, coś co zawiera w sobie nutkę tajemnicy i zarazem doprowadza do chęci poznania.
Geocaching to poszukiwanie skarbów. Oczywiście nie złota. Nie niesie ze sobą legend, bajd czy czegoś tam. To po prostu z góry określona zabawa z wykorzystaniem GPSu.
Podczas swoich wedrówek, ktoś może schować skarb – pudełko z logiem dla odrywców, skarbami – do wyboru do koloru. Wybiera miejsce – stary pień, dziurę w ziemi, jakiś kamień i tam ukrywa specjalnie przygotowane pudełko. Następnie na GPSie sprawdza współrzędne umieszczenia skarbu i publikuje je na stronie internetowej Geocache.pl. Na koniec dodaje się jeszcze wskazówki, gdzie dokładniej szukać i czeka się, aż ktoś znajdzie skarb i da o tym znać na stronie zabawy.
Ja na swoim koncie mam już dwa odnalezione skarby. Frajda nie do opisania, nawet jeśli, tak jak tym razem, skarb wykopywalam z obrzydliwej ściółki leśniej w starym pniu… Coś niesamowitego… A mówi się, że to tylko facetów kręcą skarby i przygody…
Właściwie to mam już obiecane kolejne przygody z geocachingiem. Już w czwartek kolejna wyprawa po skarby.
Polecam zajrzeć na geocache.pl
Już nie mogę się doczekać… ;)

A oto ja po odnalezieniu skarbu :)





