You are currently browsing the monthly archive for wrzesień 2007.

Wreszcie, można tak powiedzieć, mam natchnienie, by napisać coś na swoim blogu. Dużo czasu mi to zajmuje, nie powiem. Znaczy się zebranie się aby coś napisać. Już trudno.

Jestem tu, tzn. w Polsce jakieś półtora tygodnia, a czuję się jakby minął już co najmniej miesiąc. Dzień w dzień spotkania, coś do załatwienia, a w tym wszystkim końca nie widać. I o ile spotkania są miłe, fajne, sympatyczne :), to załatwianie spraw nie zawsze.

Ale tęsknie za tym wszystkim. Za moim małym zalążkiem mojego nowego życia (ładnie tak brzmi?)…

Męczy mnie coś ciągle.
W głowie jakieś myśli, wymyślone historie, czasami nawet w dwóch językach. I męczy mnie to. Czy by może usiąść i sklecić jakieś opowiadanie? Tylko nie wiem o czym… Myśli tak na jeden epizodzik krótki, albo dwa. O miłości, infantylności. I dlatego nie chcę. Wyrosłam? Może jakieś ambicje? Sama nie wiem…

Tak czy inaczej, poszukuję tematu. I zwracam się z prośbą o pomysły. Do odwiedzających, do czytelników i do innych.

Bo tak by napisać książkę, wydać jakimś cudem i podarować komuś w prezencie.
warszawa
Bo marzenia są po to, żeby się spełniały…

zamyslenie

Pozostanie wspomnień garść i smak twoich łez.
Znów za rok popłynąć chcę na mazurski rejs.
Szlakiem pustych dzikich plaż płynie moja łódź,
tutaj każda letnia noc ma smak Twoich ust…

Stwierdzilismy wspolnie, ze nie mozemy byc w Angli i nie odwidzic Londynu. Wiec niczym dobrej klasy turysci, wstalismy rano, wzielismy aparat i ruszylismy na pociag.

Droge przespalam, bo to w koncu rano bylo. W trakcie okazalo sie, ze aparat nie naladowany. Ale przezyl. :)

Mapy nie mielismy, bo jakos nikt nie pomyslal, wiec buchnelismy jedna, z takiego stojaka, co to autobusy na wycieczke jada po miescie a ty z pietra ogladasz miasto nie wysiadajac z busa. Luz.

Chcielismy zobaczyc zmiane warty. Pedzilismy wiec co sil i co znajomosc terenu. Ale bylo po czasie. Bo zmiana miala byc o 11.30. Przyszlismy na ta zmiane warty, stoi kon, na koniu koles w czerwieni. Ten tam zolniez czy jak mu tam, twardo sie nie rusza, a kon wystawia jezyk do gapiow. Nie mozna tez pominac tabliczki, ktora ostrzegala ze konie moga kopac i gryzc. Fajne zwierzaki, nie powiem :)

I tu nagle sie okazuje, ze jest zmiana warty. A my w smiech. No to obejrzelismy, koniki nadal wystawialy jezyk. W sumie nic ciekawego, bo tyle ludzi bylo, ze panowie zrobili swoje i uciekli czym predzej od fleszy itp. Potem zrobilismy going to Backingam Palace. Ale zanim tam poszlimy, spedzilismy chyba z 10 minut na planowaniu:
london1
Danusia mowi, ze ja nauczycielskim tonem itp…. No prosze cie….

W ogole bylo bardzo turystycznie, pamiatkowo i zdjeciowo. Na zmiany warty w koncu jakims trafem trafilismy dwie. Z planowanej wycieczki nie poszlismy na rzadne atrakcje. Bylam wNational Galery i stwierdzam, ze “Sloneczniki” van Gogha sa takie sobie. Za to obrazy Turnera milo mnie zaskoczyly. A ta czaszka, na obrazie ktorego nazwy nie pamietam, naprawde jest czaszka, ale pod pewnym katem :) A te “Zaslubiny Arnolfinich” to ten malarz chyba pod lupa malowal. Luz. Warto bylo. I jeszcze podobno w British Museum jest “David” Michala Aniola, ale nie bylam. Bo nam sie juz nie chcialo.

Jechalam czerwonym autobusem. Raz ze trzeba bylo, bo to turystycznie, a dwa ze nogi nas tak bolaly, ze nie mielismy na nic sily.

Big Ben nie wydaje dzwiekow, za to prezentuje sie okazale i milo dla oka.
london2
Czerwony autobus z Big Benem w tle jakby ktos nie zauwazyl :P
lon
A tutaj to juz wracalismy pociagiem. Do naszego malego, dopieszczonego i cichutkiego Reading.
l4
Nie moglabym mieszkac w Londynie. Zwariowalabym tam.