Szlismy z bratem ostatnio po Tesco, chyba ze zeszlej niedzieli. Przemierzalismy polka za polka, zeby zrealizowac “mam ochote na cos dobrego!” Mijamy slodkosci ( a co? :P ) i nagle brat przystaje, usmiecha sie tajemniczo. Podchodze. Okazuje sie, ze patrzymy na jakies ciekawe… hm… cukierki chyba.

- O jaaaa! Jadlem takie za szczyla. Tato przywozil je z Wegier. - Po czym wpakowal pudelko do koszyka.

Nie wiedzialam szczerze mowiac o czym to brat mowi. Gdyz te 8 lat roznicy miedzy nami robi swoje. Smaki juz nie te, miejsca juz nie te…

W domu, czym predzej rozpakowalismy zdobycz “dziecinstwa”. Brat rozplynal sie na krzesle stwierdzajac, ze to dokladnie taki sam smak jak wtedy.

- Napisz tacie czy pamieta te cukierki. Musi pamietac. - Spytalam. Z ciekawosci. Nie pamietal, bo jak to stwierdzil: “Przeciez to on je zarl a nie ja” :)

Sprobowalam. Nie musial mnie dlugo namawiac.

Nie umiem okreslic tego smaku. Rozplywajace sie w ustach pistacje, kawalki wisni w miekkiej bialej puszystej masie, jak pianka. Niektore oblade gorzka czekolada… Niepotrzebnie, oj niepotrzebnie.

Mam wrazenie ze skads znam ten smak… skads go kurcze znam…

Kto wie, moze to tak nie do konca nie moje dziecinstwo?