Tak mi sie wlasnie nasunelo na mysl z tym majem – rajem. To chyba przez pogode. Musze przyznac, ze maj zwariowal. Temperatura nie spada pozniej 20 stopni od tygodnia bodajze! Niestety nie jest to rzeskie lato, tylko goraca i duszna wiosna. Jest wilgotno, parno. Po zrobieniu jednego kroku pot leje sie z czola…

Ale wieczorem jest pieknie. Slonce zachodzi po 20.. wieje chlodny wiaterek (moze nie u mnie w pokoju, gdzie nawet przy przeciagu nie da sie wysiedziec z goraca). Zrobilo sie juz zielono. Nawet nie wiem kiedy ;) Tylko te mury i mury… Ale czasem gdzies mijam drzewa, trawe. Ostatnio taki widok z pociagu. I wczoraj w srodku miasta. Az mi dech zaparlo, jak swiatlo wibrowalo miedzy liscmi i padalo na trawe.

Zalowalam oczywiscie braku sprzetu przy sobie. Zreszta.. tak przeciez ulatuja najpiekniejsze momenty ;)

Pojde dzis po szkole. Moze sie uda? Moze znow kogos spotkam, tak jak wczoraj?

Radosnie jest.

Jedynie tylko na sobie samej przestalo mi zalezec. Nie podobam sie sobie, mimo ze codziennie slysze ze swietnie wygladam, albo ze jestem piekna. Ech… (tak tak, moj post nie mogl byc tak wspaniale optymistyczny do konca :P)