You are currently browsing the category archive for the 'angielsko' category.
Dodaje dopiero teraz, gdyz mam wreszcie chwile by to zrobic. W piatek pojechalam znow do Shrewsbury. Tym razem zero zdjec, gdyz nie bylo co uwieczniac. Spalam, marudzilam, jadlam, spacerowalam. I tyle. Ale co tam, mozna czasem poleniuchowac.
Pogoda wciaz piekna. Az za piekna. Gdyz w moim pokoju robi sie sauna od godziny 12-13! Wiec jak wracam z pracy to wprost do tej sauny. Okno na osciez, drzwi tak samo – szcztuczny przeciag to jedyny pozyteczny wynalazek w tym okresie.
Wczoraj spedzilam z bratem dzien w parku jedzac lody ;) Niedziela musi w koncu byc rodzinna! Jak zwykle bez aparatu. Kiedy ja sie w koncu naucze ?!
I moje czwartkowe arcydzielo. Mleczyk!
Obawiam sie jednak, ze sezon dopiero sie zaczal ;-)
Chcialabym przeslac specjalne pozdrowienia dla Jerzyka :*
Tak mi sie wlasnie nasunelo na mysl z tym majem – rajem. To chyba przez pogode. Musze przyznac, ze maj zwariowal. Temperatura nie spada pozniej 20 stopni od tygodnia bodajze! Niestety nie jest to rzeskie lato, tylko goraca i duszna wiosna. Jest wilgotno, parno. Po zrobieniu jednego kroku pot leje sie z czola…
Ale wieczorem jest pieknie. Slonce zachodzi po 20.. wieje chlodny wiaterek (moze nie u mnie w pokoju, gdzie nawet przy przeciagu nie da sie wysiedziec z goraca). Zrobilo sie juz zielono. Nawet nie wiem kiedy ;) Tylko te mury i mury… Ale czasem gdzies mijam drzewa, trawe. Ostatnio taki widok z pociagu. I wczoraj w srodku miasta. Az mi dech zaparlo, jak swiatlo wibrowalo miedzy liscmi i padalo na trawe.
Zalowalam oczywiscie braku sprzetu przy sobie. Zreszta.. tak przeciez ulatuja najpiekniejsze momenty ;)
Pojde dzis po szkole. Moze sie uda? Moze znow kogos spotkam, tak jak wczoraj?
Radosnie jest.
Jedynie tylko na sobie samej przestalo mi zalezec. Nie podobam sie sobie, mimo ze codziennie slysze ze swietnie wygladam, albo ze jestem piekna. Ech… (tak tak, moj post nie mogl byc tak wspaniale optymistyczny do konca :P)
Szlismy z bratem ostatnio po Tesco, chyba ze zeszlej niedzieli. Przemierzalismy polka za polka, zeby zrealizowac “mam ochote na cos dobrego!” Mijamy slodkosci ( a co? :P ) i nagle brat przystaje, usmiecha sie tajemniczo. Podchodze. Okazuje sie, ze patrzymy na jakies ciekawe… hm… cukierki chyba.
- O jaaaa! Jadlem takie za szczyla. Tato przywozil je z Wegier. – Po czym wpakowal pudelko do koszyka.
Nie wiedzialam szczerze mowiac o czym to brat mowi. Gdyz te 8 lat roznicy miedzy nami robi swoje. Smaki juz nie te, miejsca juz nie te…
W domu, czym predzej rozpakowalismy zdobycz “dziecinstwa”. Brat rozplynal sie na krzesle stwierdzajac, ze to dokladnie taki sam smak jak wtedy.
- Napisz tacie czy pamieta te cukierki. Musi pamietac. – Spytalam. Z ciekawosci. Nie pamietal, bo jak to stwierdzil: “Przeciez to on je zarl a nie ja” :)
Sprobowalam. Nie musial mnie dlugo namawiac.
Nie umiem okreslic tego smaku. Rozplywajace sie w ustach pistacje, kawalki wisni w miekkiej bialej puszystej masie, jak pianka. Niektore oblade gorzka czekolada… Niepotrzebnie, oj niepotrzebnie.
Mam wrazenie ze skads znam ten smak… skads go kurcze znam…










