You are currently browsing the category archive for the 'pasje' category.

Zakupialm ja juz jakis czas temu. Ale jak zwykle musiala chwile poczekac, dojrzec. Zabralam sie za nia wczoraj i jestem zadowolona.

Widzialam film w Polsce, ale jakos nie przyszlo mi na mysl przeczytanie ksiazki… A szkoda. Tutaj, po skonczeniu cyklu “Harry Potter” (ktory NIESTETY juz sie skonczyl) nie bylo co robic… Ksiazki w jezyku polskim w tutejszej bibliotece mnie nie rajcuja wiec bylam pewnego razu w ksiegarni.. :P

Przyznam sie. Byla w dziale dzieciecym :) To dlatego ja kupilam… z mysla, ze bedzie latwa i przyjemna. I jest takowa. Napisana prostym angielskim. Tak w sam raz. Moze sie czegos naucze :P

Narazie zaliczylam “little confusion” na temat tego czy jest chubby czy hubby… kiedys sie dowiem.

Jeszcze jest jeden fakt. Film “Opowiesci z Narnii: Lew, Wiedzma i Szafa” (czy jakkolwiek to brzmi w polskim tlumaczeniu) nakrecony zostal na podstawie drugiej czesci ksiazki. Ksiazek jest takze 7 (o ile sie nie myle).

Tak czy inaczej, czekam z niecierpliwoscia na druga czesc filmu, ktory ma sie ukazac w maju (tutaj) - ktory jest nakrecony na podstawie bodajze 4 czesci ksiazki :) “Opowiesci z Narni: Ksiaze Caspian” :)

Czekam, czekam !

Dziś nastrój nieco sentymentalny. Marudna jestem na codzień, więc to nie wynika z nastroju.

Zakochałam się w muzyce z tego filmu*
Wczoraj oglądaliśmy “Once” - irlandzki film o miłości, muzyce i marzeniach. A ja się w tej muzyce zakochałam.

If u want me.. satisfy me..

Aktualnie próbuję się zakochać… w sobie. W tym jak jest. I, że już tak będzie.

Chciałabym wrócić do swoich marzeń o pisaniu.
Znów pisać wiersze.
Znaleźć temat na książkę.
Uwierzyć, że będzie to miało jakikolwiek sens.

If u want me.. satisfy me..

Dotykał mej dłoni
niczym ciepły letni wiatr,
dotykał mojego ciała
zbyt zdecydowanie, bym
mogła uwierzyć, że to nic…
dotykał mej twarzy
zbyt blisko bym
mogła uwierzyć, że to był przypadek..Śnij
snem na jawie,
nie uciekaj od słów,
których nikt nie wypowiedział.

A w tle
niech płynie zapach cynamonu.

(1.03.2005)

* Muzykę do tego filmu stworzyli Glen Hansard i Marketa Inrglova.

Półgłosem
twoje usta
wypowiedziały me myśli.

Nie, nie możemy mówić o miłości…
To, co nas łączy jest ponad słowami, myślami, gestami…

Dotykaj
powiek mych oczu
i rzęs
mokrych od łez.

Nie, nie płaczę,
tylko znów ci się wydawało…
to… to tylko deszcz…

Odeszłam,
wiem, z własnego wyboru.
Uwierz,
musiałam, bo…

(13.07.2004)

Dziś widać znów o miłości. Temat ostatnio popularny w moich kregach. Sama nie wiem, może to z powodu Świąt?

Właściwie od nikogo wtedy nie odeszłam, bo nie miałam od kogo. Jak dziś.

Krąży za mną zapach kokosowego ciasta…

Zakochajmy się w sobie - raz do roku
Postawmy świat na głowie - raz do roku
Bez konsekwencji, bez granic,
bez odpowiedzi na zasadnicze pytania,
raz do roku.

Miło by było, nie powiem. Taki stan, który pamiętam już tylko głową, a nie emocjami. Dawny, jakby odległy. Mimo to, piosenka zespołu Słodki całus od buby i ich piosenka “Raz do roku”, nastraja mnie dziwnym optymizmem, że kiedyś, może niedługo… któż to przecież wie? ;)

A na codzień linia życia ukośna…

Narazie właśnie tak. Po dniach i tygodniach zagubienia i jakiejś klęski, jakby coś się poukładało. Ale to narazie zarys złożony z planów, marzeń i nadziei… i może jeszcze odrobiny determinacji.
Ostatnio też za mało czasu na wszystko. Uczę się testów, bo niedługo egzamin, mam jazdy o nieludzkich godzinach - dziw, że jeszcze funkcjonuję…

Ale idą Święta. W tym roku rodzinnie i w komplecie :) Nie mogę się doczekać. Zamierzam upiec ciasta. Spodobało mi się pieczenie… nowe, tym razem kaloryczne hobby? Ha ha :)

Odebrałam dziś wreszcie swoje płytki Coma’y, wyczekane długo, bo przesyłka szła aż skądś tam, a pani na poczcie jadła jabłko. Aż się w końcu zaczęłam śmiać przy tym okienku. Nieważne. A właściwie to bardzo niemiło powiedziane “Dowód prosze!” mnie prześladuje odkąd wróciłam do Polski. Pan celnik, pani na poczcie już ze dwa razy…

Obudził mnie dziś telefon z miłą wiadomością, że mają dla mnie instruktora i mogę zadzwonić i umówić się na jazdy. Tak więc oto, moja pierwsza jazda, niebieską “Pandą” o 10.00 w piątek. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam! Pan instruktor podobno jest bardzo wymagający, ale, że mnie dużo nauczy :P Spytałam czy jest cierpliwy. Nie wiem czemu D. zareagowała śmiechem ;)

A co do próżności, to oddaję się ostatnio nałogowi zakupów ;) Pochłonął mnie mój ulubiony sklep internetowy… Nie wiem, czy zdradzać jaki… Hmm…
Otóż to jest www.wylegarnia.pl - internetowa wylęgarnia talentów, gdzie młodzi (i nie tylko) robią swoje produkty, z reguły biżuterię, bibeloty do domu, czasem ciuchy i to sprzedają. Tak więc każdy egzemplarz znajdujący się w tym oto sklepie jest jeden, jedyny, niepowtarzalny. Aaaaa i ostrzegam. Wchodzi się tam tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność!

Wracając do tematu próżności. Zakupiłam dziś dwie pary przecudownych kolczyków ;)
Jedne to: “Mundek i Olo” - Wykonane z lekkiego drewna sosnowego (grubość płytki 3mm, szer.ok.1,8cm, dł. z zawieszką ok.6,5cm), bigle posrebrzane, malowane farbą akrylową, zabezpieczone lakierem.
rings
A drugie: “Energia elektryczna” - Kolczyki wykonane z żarówek, żyłki oraz szklanych koralików. Długość bez zawieszki ok. 5,8 cm.
rings1
Tak, tak, dobrze słyszeliście ŻARÓWEK :D Są po prostu przepiękne… zresztą sami oceńcie. :)

Poza tym to mam randkę z moim kochanym Szymkiem. ;) Normalnie spotkanie po latach! Ale to za tydzień w czwartek. Muszę zapisać, żeby w tym natłoku zajęć nie pomylić 14.15 z 14.10 ;P Aaaaaale się cieszę! :D Ale teraz to już chyba wypada mówić Malwinka, nie Szymek. Bo trochę czasu minęło. Postarzeliśmy się wszyscy, może nawet za bardzo… Oho, ale mnie nastrój bierze! Ciii…

A jutro dzień we Wrocławiu i zakupy z Mariuszem. To będzie niezapomniane przeżycie. Wrócę zmęczona. Jestem tego prawie pewna :P

A z dedykacją dla Justyny, kolejny wyszperany wiersz:

Stań na skraju lasu,
tu szum drzew przywołuje strach…
Za liściem
cicho trzepocą skrzydła motyla,
który kryje się
przed deszczem boskich łez.
Panie,
zmróż oczy
by zapadła noc…
Pozwól żyć nietoperzom
spijającym krew,
jak kochanek pocałunki z ust kobiety.
Nocą
las szepcze swą pieśń…
sza…
Usłysz, jak oddycha czyjś strach…

(luty/marzec 2005)

Wreszcie, można tak powiedzieć, mam natchnienie, by napisać coś na swoim blogu. Dużo czasu mi to zajmuje, nie powiem. Znaczy się zebranie się aby coś napisać. Już trudno.

Jestem tu, tzn. w Polsce jakieś półtora tygodnia, a czuję się jakby minął już co najmniej miesiąc. Dzień w dzień spotkania, coś do załatwienia, a w tym wszystkim końca nie widać. I o ile spotkania są miłe, fajne, sympatyczne :), to załatwianie spraw nie zawsze.

Ale tęsknie za tym wszystkim. Za moim małym zalążkiem mojego nowego życia (ładnie tak brzmi?)…

Męczy mnie coś ciągle.
W głowie jakieś myśli, wymyślone historie, czasami nawet w dwóch językach. I męczy mnie to. Czy by może usiąść i sklecić jakieś opowiadanie? Tylko nie wiem o czym… Myśli tak na jeden epizodzik krótki, albo dwa. O miłości, infantylności. I dlatego nie chcę. Wyrosłam? Może jakieś ambicje? Sama nie wiem…

Tak czy inaczej, poszukuję tematu. I zwracam się z prośbą o pomysły. Do odwiedzających, do czytelników i do innych.

Bo tak by napisać książkę, wydać jakimś cudem i podarować komuś w prezencie.
warszawa
Bo marzenia są po to, żeby się spełniały…

I właściwie kończy się sielanka… Ostatnie dni były naprawdę cudowne i szkoda, że już się kończą. Ale może po kolei…
Wspaniałe dni są chyba przez ostatni okres najczęściej jak można.. czyli codziennie :P

W piątek wypad na Ślężę, ale o tym już było. W sobotę trochę odpoczęłam. Odespałam to i owo, poszukałam w necie rozwiązań na najbliższe dni i sprawy. I co najważniejsze, skończyłam czytać książkę. Jak narazie chyba ostatnią w języku polskim przed wyjazdem. Ale bądźmy dobrej myśli :) W niedzielę spałam dłużej niż do porodu o 7.55, ale można, w końcu to już po raz 19ty, to człowiek się już nudzi, a i mama mówi, że w domu (brzuchu) się nie mieszczę. Trochę żałuję, fajnie byłoby zobaczyć brzuch od środka, tym razem w sposób świadomy. Ale nie można mieć wszystkiego. Od rana śliczne róże od mamy i czekolada… Diety nigdy mi nie wychodziły, ale jakoś mi nie zależy. Ciastka też mama kupiła, bo potem Monisia miała wpaść w odwiedziny:) I przylazło to takie, nawet bramki otworzyć nie umiało, mimo, że specjalnie zostawiłam na te okazję otwartą, co to by się nie męczyć i nie bawić w otwieranie :) Lenistwo dobra rzecz - rozwija ciało i umysł! Od Monisi piękna branzoletka i kartka urodzinowa :) Tylko jak zwykle kartka nienormalna i nie ma jak jej powiesić. Monisia się spiera, że normalna, ale kto by jej tam wierzył? Artystka - dosłownie i w przenośni!

Plotowałyśmy, jak zawsze, aż tu nagle zjawił się Jerz z wielkim “buuu”, ale musiał poczekać, aż skończymy wszystkich obgadywać (jego już skończyłyśmy, zanim wszedł:P)  tak oto zjedliśmy (no dobra, obrzarliśmy się ciastem.. mniam mniam), a potem udało mi się ich namówić na poszukiwanie skarbów. Nie znaleźliśmy, ale ja się nie dam. Właśnie przed godziną, czy dwiema, namówiłam Mariusza, że jak wrócimy, to idziemy poszukać tego geocacha!

W poniedziałek świętowałam, ale tym razem za M, G, R i kropke :* Bo mój najlepszy przyjaciel jest już magistrem i mogę się z nim wozić po mieście :)  Już go chwaliłam tyle razy za tego magistra, a jemu i tak mało… Faceci :P Ale i tak go uwielbiam :)

We wtorek wreszcie upragnione góry. I choć już prawie byłam pewna, że jade do totalnej dziury na mapie, to okazało się to być miejscem jak z bajki. Ośrodek prawie pod górami, za oknem góry i uśmiecham się bo widzę góry. Żałuję tylko, że pogoda nam nie dopisała i nie udało nam się wdrapać w te góry. Zmarzłam straszliwie, ale warto było. Z drugiej strony cieszę się, że nie udało nam się iść w góry, bo to znaczy, że mam tu niezałatwione sprawy i jest pretekst aby pojawić się tu jeszcze raz. Zresztą, czy napewno muszę mieć pretekst, aby się tu pojawić? Raczej nie…

Niestety “sielanka” dobiega końca. Jeszcze tylko dumna z siebie jestem, bo na SP6ZPZ/6 udało mi się złapać Chorwację. Szkoda tylko, że nie na swoim znaku, ale ślicznie na QSLce zaznaczyłam kto to ja jestem :)
A teraz to już sobie siedzę w hufcu Bystrzyca Kłodzka i czekam na autobusik do domu. Jutro wielki dzień. Dziś za to dziwnie spokojna i zrezygnowana. Może to z powodu bezpieczeństwa jakie daje mi człowiek, który właśnie obok mnie siedzi, a może też to, że nie czuję się dziś najlepiej. Wolę to pierwsze… Szkoda tylko, że wyniki matury będę przeżywać zupełnie sama.

Ech… przyzwyczaiłam się. Ale to nie znaczy, że tak chcę.

Obiecana wyprawa doszła do skutku w końcu dzień później. Z powodu deszczu, burzy, ulewy, piorunów, okroooopnych grzotów i strachu (mojego rzecz jasna).

Zaczęłam pisać tego newsa na palmtopie na szczycie Ślęży, kiedy to właśnie sprawnie macając patyczkiem niby klawiaturę, pacnęłam sobie “wstecz” i się wszystko skasowało. A żeby nie poddać się wszech ogarniającej frustracji postanowiłam nie pisać go już drugi raz. Stamtąd bynajmniej.

Jak zwykle moje wędrówki nie mogły być zwykłe, tak samo i ta. Autobus nie jechał tam, gdzie ja chciałam, żeby jechał, więc pare kilosów on foot trzeba było przejść. Potem po drodze na górę atakowały mnie potwory. Wielkie, skrzydlate, pomarańczowo-czarne, bzyczące i wredne i padkudne i przerażające! Jeszcze nigdy się tak nie bałam. A Mariusz twierdził, że one mi nic nie zrobią… Jaaaasne… Już w domu z mamą doszłyśmy do wniosku, że to mogły być zmutowane pszczoły leśne. Czy tam osy… mniejsza. Potem Mariusz nagle stwiedził, że szukając swojego skarbu włączył naprowadzanie do mojego skarbu. Cóż :> Na szczycie było zimno i pupa mi odmarzła jak siedziałam na Niedźwiedziu. Ale w końcu sama chciałam mieć na nim zdjęcie:D

Skarb OCZYWIŚCIE odnaleziony! Tylko, że to uzależnia… Już wiem, że jutro pójdę po kolejną skrzynkę… Trzeba będzie kupić GPSa… Ratunku!

Dziś dużo rozmawialiśmy o ślężańskich legendach, o końcu świata, durnej drodze rowerowej. Zrobiono mi śliczne zdjęcia, a nawet ja też jakieś zrobiłam. Herbata w schronisku, tym razem w sezonie. W głowie radość i chęć na nieznane. Marzenia, plany i wakacje. Radość.

Hmmm… Mam teraz w domu małego ślężańskiego Niedźwiedzia. Teraz jeszcze sprawię sobię miniaturkę Kręgla i będę miała swój własny, prywatny, malutki Koniec Świata :) Ach te legendy!

Sprostowanie: Istnieje ponoć taka legenda, że jeśli dwie kamienne figury, które znajdują się na górze i w jej okolicach się spotkają, to będzie koniec świata. Jedna z nich to kamienny niedźwiadek, który stoi na szczycie Ślęży (o ten na zdjęciu), a druga to Kręgiel (choć ja uważam, że to jakiś krasnal, albo już sama nie wiem co), który stoi u jej podnóży, w miejscowości Sobódka. Pewnie i trochę prawdy w tym jest. Legenda w sumie wzięła się stąd, że ów kręgiel w ciągu kilkudziesięciu lat przemierzył już ponad 20km. I jakby lęk jest zrozumiały. (Oczywiście pomijamy to, że ktoś tego Kręga przewiózl, bo stwierdził, że tam, w Sobódce będzie wyglądał lepiej, niż tam gdzie był wcześniej:>) Jak już mówiłam - legendy :P
Sleza
Zapomniałąbym! Udało nam się zrobić jedną, jedyną łączność ze szczytu. I kto ją zrobił? Oczywiście, że ja! Ha! Tylko co z tego, skoro już chyba z godzinę siedzę nad QSLką i nie wiem co dalej… Cudownie.

Dobranoc.

Poza tym, że oczywiście jestem ziemianką, a nie jakimś tam zielonym kosmitą, to “geo” występuje tu w dość innym znaczeniu: “Geocaching.”

Geocaching można nazwać zabawą, pasją, sposobem na czas wolny tak zwany… Dla mnie to coś, co sprawia radość, coś co zawiera w sobie nutkę tajemnicy i zarazem doprowadza do chęci poznania.

Geocaching to poszukiwanie skarbów. Oczywiście nie złota. Nie niesie ze sobą legend, bajd czy czegoś tam. To po prostu z góry określona zabawa z wykorzystaniem GPSu.

Podczas swoich wedrówek, ktoś może schować skarb - pudełko z logiem dla odrywców, skarbami - do wyboru do koloru. Wybiera miejsce - stary pień, dziurę w ziemi, jakiś kamień i tam ukrywa specjalnie przygotowane pudełko. Następnie na GPSie sprawdza współrzędne umieszczenia skarbu i publikuje je na stronie internetowej Geocache.pl. Na koniec dodaje się jeszcze wskazówki, gdzie dokładniej szukać i czeka się, aż ktoś znajdzie skarb i da o tym znać na stronie zabawy.

Ja na swoim koncie mam już dwa odnalezione skarby. Frajda nie do opisania, nawet jeśli, tak jak tym razem, skarb wykopywalam z obrzydliwej ściółki leśniej w starym pniu… Coś niesamowitego… A mówi się, że to tylko facetów kręcą skarby i przygody…

Właściwie to mam już obiecane kolejne przygody z geocachingiem. Już w czwartek kolejna wyprawa po skarby.
Polecam zajrzeć na geocache.pl

Już nie mogę się doczekać… ;)

geoKasia

A oto ja po odnalezieniu skarbu :)

Jak już ostatnio wspominałam, chodziły za mną te cholerne muffiny. I co? A no ugotowałam. A raczej ugotowaliśmy - dziękuję Mariuszowi za podtrzymywanie i pomoc w realizacji mojego obsesyjnego pomysłu.

Wszystko zaczęło się od randki z Tesco w poszukiwaniu foremek do muffinów. Znaleźliśmy, ale były tylko w kształcie serduszek, więc odpadało. A do tego, okazało się, że w ogóle są drogie i nieprzystosowane do moich warunków kuchennych, tj. brak piekarnika elektrycznego. Pokombinowaliśmy i kupiliśmy foremki na babeczki. Sztuk 6. A co! Potem, to już wariacja na temat przepisu i kupowanie na głodnego zbyt dużej ilości składników - mama do tej pory pyta się mnie, po co kupiliśmy aż tyle chleba tostowego, a ja jej na to, że wtedy nam się wydawało, że tyle zjemy. Dla ułatwienia dodam, że to było w czwartek, a chleb jest nadal ;)

Udało nam się wszystko zrobić, objedliśmy się niesamowicie, a od smaku potrawy o mało co się nie rozpłynęłam. Mniam mniam… Z tej oto racji, przedstawiam naszą wariację, tego oto przepisu:

1. Bierzemy chleb tostowy, tyle kromek ile wydaje nam się, że zjemy, choć pozwolę sobie doradzić, że potrawa jest sycąca. Następnie rozwałkowujemy je i za pomocą kubka/foremki/czegoś okrągłego, wycinamy z kromki jak największe koło.
2. Posmarowane lekko masłem kromki układamy ładnie w foremkach (moje były na babeczki), tak, aby utworzyły nam się z kromek miseczki.
3. Tak przygotowane foremki wkładamy do rozgrzanego piekarnika na 8-10 minut, a po wyciągnięciu mamy chrupiące miseczki. Polecam zrobić to, kiedy reszte składników będzie już obrane i pokrojone i tylko zostaje samo pichcenie.
4. Przygotowujemy warzywa: cebulę pokrojoną w talarki, bądź paski, pomidory (w przepisie były suszone, ale my wzięliśmy z puszki - mniam), pokrojone pieczarki na dość duże kawałki, papryka - kolorystycznie pasuje żółta.
5. Wrzucamy warzywa na rozgrzana patelnie, najlepiej wtedy, gdy cebula już zeszkliła się na złoto. Przyprawiamy do smaku odrobiną bazyli, pieprzem i oczywiście solą. Mieszamy, pichcimy tak długo, aż wszystko dobrze się wymiesza, a cebula wciąż jeszcze będzie miękka i soczysta.
6. Na koniec już nasze ciepłe miseczki z chleba zapełniamy pysznym nadzieniem i gotowe do jedzenia. Byle na ciepło!

Cytując Pascal’a “Bon apettite!” :)

(No i oczywiście satysfakcja była nie do opisania !)