You are currently browsing the category archive for the 'szmery bajery' category.

Idac do pracy oberwalam deszczem. Mimo parasola niestety. Dzien zaczal sie dobrze, a konczy sie w zamysleniu. Pogoda sie polepszyla, wyszlo slonce. Niestety ten cieply letni wiatr zmienil sie w zimna wichure, ktora targa firanka, drzwiami i wlatuje mi pod koszulke robiac dreszcze.

Od jakiegos czasu przymykam oczy, zamyslam sie mimo woli. Potem zamyslam sie swiadomie, apropo mysli, ktore przyszly mimo woli. Ostatnio mam nad czym rozmyslac niestety. A moze i stety? I w tym wlasnie problem bo nie wiem.

Jedne sprawy skonczyly sie dosc smutno, ale juz jest dobrze. O dziwo szybko, choc sentyment zawsze pewnie bedzie. Inne sprawy zaczely sie za szybko i za skomplikowanie. Wtargnal w moj spokoj z cala swoja moca i intensywnoscia. Mamy dac temu czas. I dobrze, choc boje sie tego czasu. On przynosi rozne wiadomosci, czasem rozpala, czasem gasi. Choc i podobno leczy.

A ja? Jakas poddenerwowana jestem. Niespokojna wewnetrznie. Tak wiele spraw chcialabym miec za soba. Czasem juz wchodze do tego domu, ktory pozostaje na razie w swerze wyobrazni. Biore prysznic, szykuje kolacje, wlaczam muzyke, wypijam lampke wina. On przychodzi, opieram glowe o jego ramie. Tyle we mnie sprzecznosci. Ani domu, ani tego kogos. Moze to dlatego, ze wkraczam w okres kolejnej siodemki? Pomalu bo pomalu, ale moze?

Szykuje sie pracowity poniedzialek. Musze pojechac do High Wycombe na rozmowe o inszurans. I wrocic tu, by isc na rozmowe na Uniwersytecie. Przeraza mnie to jedynie dlatego, ze do High jest 1,5h autobusem, a ja mam za duzo mysli w glowie i bede z nimi sama.

Od dzis 22 dni do moich wakacji. Jutro kupuje bilet, nastepny, tym razem do Polski. Ciesze sie ze spotkam sie z mama, bo teraz tego potrzebuje. Spotkam sie z kochanym Jerzykiem, moze ktos jeszcze tez znajdzie dla mnie czas, tak jak np. Michal.

Probowalam pisac znow wiersze. Nie idzie mi.

Znow wedrujemy cieplym krajem, malachitowa laka morza…

To byl bardzo zwariowany tydzien. Jesli tak wyglada zycie doroslych, to ja nie chce. Choc moze… bo w koncu wydarzylo sie troche dobrych rzeczy.

We wtorek juz bezpowrotnie przestalam byc nastolatka (przynajmniej formalnie). 20 lat. To chyba jest cos?

Mialam w urodziny napisac posta, takie jakby podsumowanie. Ale jakos nie moglam sie zebrac. Nie wiem. Tyle rzeczy sie dzieje, o ktorych moglabym pisac, ale jakos tak. Sama nie wiem.

Niedlugo sie rozstrzygnie. Jutro interview na Uniwersytecie. Cross fingers guys! I juz nie moge doczekac sie wakacji. Jade do Grecji!!! :) I jeszcze Mariusz dal mi chwilowo swoj aparat. Ruszamy na miasto… a wpierw naladowac trzeba baterie :P hi hi

Pozytywnie. Jest dobrze. Niesie mnie pozytywna mysl!

Mozna by rzec, ze wszystko przez kalafior. I kalafiora gotowanie. Zapach rozbudzil moje wiosenno-warzywne rzadze, ktore wyartukuowane zdenerwowaly brata i malo nie dostalam po lbie!

Tak przypomnialo mi sie, jak mozna pojsc za dom i nozyczkami uciac troche swiezego szczypiorku posadzonego przez mame. Jak wyrwac swiezutka i soczysta rzodkieweczke z ziemi, rozejrzec sie dookola i znalezc soczyscie zielona salate, ktorej nie znajdzie sie w sklepach. W domu umyc, pokroic rzodkieweczke w plasterki, zjesc kilka “przy okazji”… A potem chlebek posmarowac maselkiem, polozyc salate, kawalek szynki, poukladac plasterki rzodkiewki tak, ze ledwo sie mieszcza i posypac szczypiorkiem!

Potem zetrzec rzodkiewke na tarce, posiekac drobniutko szczypiorek i wymieszac z serem bialym doprawionym smietana… sol, pieprz… mniam mniam..

Kiedys, jak dziadkowie zyli, mielismy prawdziwa plantacje za domem. Marcheweczka, ziemniaki, TRUSKAWKI!!!, pomidorki… Pamietam te pomidorki, pyszne, krzaczki uginaly sie pod ich ciezarem, ledwo trzymajac sie patykow wbitych im do pomocy ;)

I jeszcze mamy sloneczniki ogrodowe sprzed paru lat, ktore urosly 2 metry w gore… ;)

Ale niestety, tutaj ani ogrodeczka, ani rzodkieweczki czy szczypiorku… Tylko jakies Radish, salad bunch…

Dobrze, ze kalafior byl dobry :)