You are currently browsing the category archive for the 'szmery bajery' category.
Idac do pracy oberwalam deszczem. Mimo parasola niestety. Dzien zaczal sie dobrze, a konczy sie w zamysleniu. Pogoda sie polepszyla, wyszlo slonce. Niestety ten cieply letni wiatr zmienil sie w zimna wichure, ktora targa firanka, drzwiami i wlatuje mi pod koszulke robiac dreszcze.
Od jakiegos czasu przymykam oczy, zamyslam sie mimo woli. Potem zamyslam sie swiadomie, apropo mysli, ktore przyszly mimo woli. Ostatnio mam nad czym rozmyslac niestety. A moze i stety? I w tym wlasnie problem bo nie wiem.
Jedne sprawy skonczyly sie dosc smutno, ale juz jest dobrze. O dziwo szybko, choc sentyment zawsze pewnie bedzie. Inne sprawy zaczely sie za szybko i za skomplikowanie. Wtargnal w moj spokoj z cala swoja moca i intensywnoscia. Mamy dac temu czas. I dobrze, choc boje sie tego czasu. On przynosi rozne wiadomosci, czasem rozpala, czasem gasi. Choc i podobno leczy.
A ja? Jakas poddenerwowana jestem. Niespokojna wewnetrznie. Tak wiele spraw chcialabym miec za soba. Czasem juz wchodze do tego domu, ktory pozostaje na razie w swerze wyobrazni. Biore prysznic, szykuje kolacje, wlaczam muzyke, wypijam lampke wina. On przychodzi, opieram glowe o jego ramie. Tyle we mnie sprzecznosci. Ani domu, ani tego kogos. Moze to dlatego, ze wkraczam w okres kolejnej siodemki? Pomalu bo pomalu, ale moze?
Szykuje sie pracowity poniedzialek. Musze pojechac do High Wycombe na rozmowe o inszurans. I wrocic tu, by isc na rozmowe na Uniwersytecie. Przeraza mnie to jedynie dlatego, ze do High jest 1,5h autobusem, a ja mam za duzo mysli w glowie i bede z nimi sama.
Od dzis 22 dni do moich wakacji. Jutro kupuje bilet, nastepny, tym razem do Polski. Ciesze sie ze spotkam sie z mama, bo teraz tego potrzebuje. Spotkam sie z kochanym Jerzykiem, moze ktos jeszcze tez znajdzie dla mnie czas, tak jak np. Michal.
Probowalam pisac znow wiersze. Nie idzie mi.
Znow wedrujemy cieplym krajem, malachitowa laka morza…
To byl bardzo zwariowany tydzien. Jesli tak wyglada zycie doroslych, to ja nie chce. Choc moze… bo w koncu wydarzylo sie troche dobrych rzeczy.
We wtorek juz bezpowrotnie przestalam byc nastolatka (przynajmniej formalnie). 20 lat. To chyba jest cos?
Mialam w urodziny napisac posta, takie jakby podsumowanie. Ale jakos nie moglam sie zebrac. Nie wiem. Tyle rzeczy sie dzieje, o ktorych moglabym pisac, ale jakos tak. Sama nie wiem.
Niedlugo sie rozstrzygnie. Jutro interview na Uniwersytecie. Cross fingers guys! I juz nie moge doczekac sie wakacji. Jade do Grecji!!! :) I jeszcze Mariusz dal mi chwilowo swoj aparat. Ruszamy na miasto… a wpierw naladowac trzeba baterie :P hi hi
Pozytywnie. Jest dobrze. Niesie mnie pozytywna mysl!
Mozna by rzec, ze wszystko przez kalafior. I kalafiora gotowanie. Zapach rozbudzil moje wiosenno-warzywne rzadze, ktore wyartukuowane zdenerwowaly brata i malo nie dostalam po lbie!
Tak przypomnialo mi sie, jak mozna pojsc za dom i nozyczkami uciac troche swiezego szczypiorku posadzonego przez mame. Jak wyrwac swiezutka i soczysta rzodkieweczke z ziemi, rozejrzec sie dookola i znalezc soczyscie zielona salate, ktorej nie znajdzie sie w sklepach. W domu umyc, pokroic rzodkieweczke w plasterki, zjesc kilka “przy okazji”… A potem chlebek posmarowac maselkiem, polozyc salate, kawalek szynki, poukladac plasterki rzodkiewki tak, ze ledwo sie mieszcza i posypac szczypiorkiem!
Potem zetrzec rzodkiewke na tarce, posiekac drobniutko szczypiorek i wymieszac z serem bialym doprawionym smietana… sol, pieprz… mniam mniam..
Kiedys, jak dziadkowie zyli, mielismy prawdziwa plantacje za domem. Marcheweczka, ziemniaki, TRUSKAWKI!!!, pomidorki… Pamietam te pomidorki, pyszne, krzaczki uginaly sie pod ich ciezarem, ledwo trzymajac sie patykow wbitych im do pomocy ;)
I jeszcze mamy sloneczniki ogrodowe sprzed paru lat, ktore urosly 2 metry w gore… ;)
Ale niestety, tutaj ani ogrodeczka, ani rzodkieweczki czy szczypiorku… Tylko jakies Radish, salad bunch…
Dobrze, ze kalafior byl dobry :)
Dodaje dopiero teraz, gdyz mam wreszcie chwile by to zrobic. W piatek pojechalam znow do Shrewsbury. Tym razem zero zdjec, gdyz nie bylo co uwieczniac. Spalam, marudzilam, jadlam, spacerowalam. I tyle. Ale co tam, mozna czasem poleniuchowac.
Pogoda wciaz piekna. Az za piekna. Gdyz w moim pokoju robi sie sauna od godziny 12-13! Wiec jak wracam z pracy to wprost do tej sauny. Okno na osciez, drzwi tak samo - szcztuczny przeciag to jedyny pozyteczny wynalazek w tym okresie.
Wczoraj spedzilam z bratem dzien w parku jedzac lody ;) Niedziela musi w koncu byc rodzinna! Jak zwykle bez aparatu. Kiedy ja sie w koncu naucze ?!
I moje czwartkowe arcydzielo. Mleczyk!
Obawiam sie jednak, ze sezon dopiero sie zaczal ;-)
Chcialabym przeslac specjalne pozdrowienia dla Jerzyka :*
Tak mi sie wlasnie nasunelo na mysl z tym majem - rajem. To chyba przez pogode. Musze przyznac, ze maj zwariowal. Temperatura nie spada pozniej 20 stopni od tygodnia bodajze! Niestety nie jest to rzeskie lato, tylko goraca i duszna wiosna. Jest wilgotno, parno. Po zrobieniu jednego kroku pot leje sie z czola…
Ale wieczorem jest pieknie. Slonce zachodzi po 20.. wieje chlodny wiaterek (moze nie u mnie w pokoju, gdzie nawet przy przeciagu nie da sie wysiedziec z goraca). Zrobilo sie juz zielono. Nawet nie wiem kiedy ;) Tylko te mury i mury… Ale czasem gdzies mijam drzewa, trawe. Ostatnio taki widok z pociagu. I wczoraj w srodku miasta. Az mi dech zaparlo, jak swiatlo wibrowalo miedzy liscmi i padalo na trawe.
Zalowalam oczywiscie braku sprzetu przy sobie. Zreszta.. tak przeciez ulatuja najpiekniejsze momenty ;)
Pojde dzis po szkole. Moze sie uda? Moze znow kogos spotkam, tak jak wczoraj?
Radosnie jest.
Jedynie tylko na sobie samej przestalo mi zalezec. Nie podobam sie sobie, mimo ze codziennie slysze ze swietnie wygladam, albo ze jestem piekna. Ech… (tak tak, moj post nie mogl byc tak wspaniale optymistyczny do konca :P)
Zakupialm ja juz jakis czas temu. Ale jak zwykle musiala chwile poczekac, dojrzec. Zabralam sie za nia wczoraj i jestem zadowolona.
Widzialam film w Polsce, ale jakos nie przyszlo mi na mysl przeczytanie ksiazki… A szkoda. Tutaj, po skonczeniu cyklu “Harry Potter” (ktory NIESTETY juz sie skonczyl) nie bylo co robic… Ksiazki w jezyku polskim w tutejszej bibliotece mnie nie rajcuja wiec bylam pewnego razu w ksiegarni.. :P
Przyznam sie. Byla w dziale dzieciecym :) To dlatego ja kupilam… z mysla, ze bedzie latwa i przyjemna. I jest takowa. Napisana prostym angielskim. Tak w sam raz. Moze sie czegos naucze :P
Narazie zaliczylam “little confusion” na temat tego czy jest chubby czy hubby… kiedys sie dowiem.
Jeszcze jest jeden fakt. Film “Opowiesci z Narnii: Lew, Wiedzma i Szafa” (czy jakkolwiek to brzmi w polskim tlumaczeniu) nakrecony zostal na podstawie drugiej czesci ksiazki. Ksiazek jest takze 7 (o ile sie nie myle).
Tak czy inaczej, czekam z niecierpliwoscia na druga czesc filmu, ktory ma sie ukazac w maju (tutaj) - ktory jest nakrecony na podstawie bodajze 4 czesci ksiazki :) “Opowiesci z Narni: Ksiaze Caspian” :)
Czekam, czekam !
W 100% handmade.
W 100% delicious.
W 100% fabulous.
Ha ha. Trzeba sobie dogadzac. I w 100% jestem pewna, ze to lepsze, zdrowsze i MNIEJ slodkie, niz to ze sklepu. No i nie sztuczne.
Przepis dla smakoszy:
Co potrzeba?
6 zoltek, cukier, gorzkie kakao, gorzka czekolada, likier Amaretto, kawa, biszkopty(male i okragle), ser Marscapone.
1. Zanim zabierzemy sie do pracy trzeba zapazyc duzy kubek kawy. Kawa moze byc sypana lub rozpuszczalna. Ja zrobilam kawe z 3 lyzeczek kawy rozpuszczalnej. Kubek potem wystawiamy za okno, zeby kawa nam calkowicie wystygla.
2. 6 zoltek miksujemy z 6 czubatymi lyzkami cukru na kogiel - mogiel przez 8 - 10 minut, lub po prostu az zrobi sie prawie bialy i puszysty.
3. Do kogla-mogla dodajemy 50 dag sera MARSCAPONE - ja dalam wiecej, tak 1/4 z pudelka w ktorym bylo 250 dag :) Miksujemy to razem, az calkowicie sie polaczy, ok 3 minut.
4. Jesli kawa wystygla, dodajemy do niej 4-6 lyzek AMARETTO (taki migdalowy alkohol/likier czy jak to tam zwal).
5. Przygotowujemy sobie jakies naczynie na nasze ciacho. Miska na przyklad, ale dno musi byc plaskie!
6. Okragle, male biszkopty namaczamy w kawie z Amaretto, kazdy przez 2-3 sekundy. Nastepnie troche potrzasamy lub odciskamy, jak kto woli, zeby usunac nadmiar plynu. Namoczone biszkopty ukladamy na dnie naczynia/miski.
7. Gdy ulozymy juz scisla warstwe namoczonych biszkoptow, zalewamy je czescia wczesniej zrobionego kremu. Na krem ukladamy kolejna warstwe biszkoptow, potem znow krem itd. az nam sie skonczy krem. UWAGA! Krem ma byc na gorze jako ostatnia warstwa.
8. Calosc posypujemy gorzkim kakao i starta gorzka czekolada.
9. Owijamy nasze naczynie folia spozywcza i wkladamy do lodowki. Na 4 godziny lub cala noc. Polecam osobiscie cala noc! (Ale rozumiem, ze niektorym lakomczuchom moze sie to nie udac! :P )
10. Wstajemy rano, bierzemy lyzke i zagladamy niewinnie do lodowki ;) Mniam!
Szlismy z bratem ostatnio po Tesco, chyba ze zeszlej niedzieli. Przemierzalismy polka za polka, zeby zrealizowac “mam ochote na cos dobrego!” Mijamy slodkosci ( a co? :P ) i nagle brat przystaje, usmiecha sie tajemniczo. Podchodze. Okazuje sie, ze patrzymy na jakies ciekawe… hm… cukierki chyba.
- O jaaaa! Jadlem takie za szczyla. Tato przywozil je z Wegier. - Po czym wpakowal pudelko do koszyka.
Nie wiedzialam szczerze mowiac o czym to brat mowi. Gdyz te 8 lat roznicy miedzy nami robi swoje. Smaki juz nie te, miejsca juz nie te…
W domu, czym predzej rozpakowalismy zdobycz “dziecinstwa”. Brat rozplynal sie na krzesle stwierdzajac, ze to dokladnie taki sam smak jak wtedy.
- Napisz tacie czy pamieta te cukierki. Musi pamietac. - Spytalam. Z ciekawosci. Nie pamietal, bo jak to stwierdzil: “Przeciez to on je zarl a nie ja” :)
Sprobowalam. Nie musial mnie dlugo namawiac.
Nie umiem okreslic tego smaku. Rozplywajace sie w ustach pistacje, kawalki wisni w miekkiej bialej puszystej masie, jak pianka. Niektore oblade gorzka czekolada… Niepotrzebnie, oj niepotrzebnie.
Mam wrazenie ze skads znam ten smak… skads go kurcze znam…
Za mna tydzien pracy. I nadal na plus :) Wprawdzie stopy mi odpadaja po kazdym dniu, ale mila atmosfera i lubie to co robie. Czasem owszem wyzywam klientow pod nosem, a szczegolnie wtedy, gdy zazyczyli sobie reklamowek (nienawidze ich), ale wciaz lubie te prace :P Zastanawialam sie nad kupieniem sobie krokomierza i noszeniem go w pracy, zeby sprawdzic ile kilometrow dziennie pokonuje, bo raczej sporo. Baaaardzo duzo wrecz. :> Ale chyba nie, bo jakbym po takim jednym dniu sprawdzila ile, to bym sie zalamala :P
Z rzeczy nowych, od wtorku przenosze sie do nowego Tesco, czyli swojego miejsca pracy juz na stale. Koniec treningu, teraz juz tylko praktyka i praktyka i speeeeeed up (niestety).
A ponizej wyjasnienie tematu posta:)

A na koniec mala anegdotka z pracy, czyli spotkanie z klientem:
Jade sobie wozkiem, a przede mna wozek taki dla klientow i booom! a tu nagle starszy pan, anglik, jedzie z naprzeciwka i mowi:
- I saw it!
- Please, dont say to anybody - szepcze i sie usmiecham
- Bloody customer - pan smieje sie ironicznie
;)
No prosze i udalo sie :) Oto jestem nowym pracownikiem Tesco i zaczynam swoja wielka przygoda z ta firma! (Nie mylic z polskim Tesco.. :/)
Dzis mialam swoj dzien wprowadzajacy, kurs bezpieczenstwa - jakies takies BHP - mnostwo gadaniny, az mnie glowa rozbolala :)
Jest radosnie. Nowe mozliwosci i pozytywny nastroj, bo wreszcie moge realizowac plany! Ha!
Jak narazie to moj nowy UNIFORM. Aktualnie tylko, bo za nie dlugo bede miec nowy, poniewaz zmienia sie dizajn. Na lepszy musze przyznac :D
A zdjecie pozniej z zszokowana mina i samozaskoczeniem od robienia zdjecia. Smieszy mnie i dlatego tu jest :P

A tutaj w prawie calosci - buty jakby nie maja znaczenia, choc mam nowe :P

Brakuje tylko plakietki z imieniem, ale tez bedzie :)
No i te obiady za 41 pensow… :P
Wlasciwie ciagle zdarza mi sie pisac o tym co juz bylo. O ile w ogole mi sie zdarza - nie oszukujmy sie, jesli o to chodzi.
W sobote byl Dzien Kobiet. Zaczal sie pieknie, zostalam obudzona bukietami tulipanow i spiewajacymi zyczeniami. Co jak co, ale tak to ja moge sie budzic codziennie :)
Wczoraj zrobilam wreszcie zdjecia, w srodku nocy prawde mowiac. Bo z pogoda sie nie dogaduje. Co wychodze z aparatem to zachodzi slonce i zaczyna padac. Tak wiec zdjec torby tez nie mam, a zdarzylam ja juz wybrudzic od moich “Authentic Denim” :> Zdooooooollnaaaa Kasia!
Ponizej moje tulipanki. Zdjecie zrobione w dobrym momencie, bo dzis juz zaczely sie lenic..

Ostatniej niedzieli, więc już ze dwa dni temu, powstała pomidorowa. Zupa.
Nie bele jaka zupa, bo pomidorowa. Moja ulubiona.
Na dodatek była pierwsza. Moja pierwsza, własnoręczna. Gęsta, pyszna. Ze śmietaną. Brat zamilkł. Uszy się trzęsły. Pytam, czy smakuje. “Nie przeszkadzaj”. :)

Lubię właśnie tę zupę. Zwłaszcza gdy jest gęsta. Taka szybka do zrobienia, a wyśmienita. Brzmi banalnie, ale najlepszą robiła babcia Ira i mama. Z kluskami lanymi. Mlask, mlask.
Następna moja będzie z kluskami. Obiecuję to sobie.
Ach, zapomniałabym. Dziękuję Ci Jerzyku, że pilnowałeś zupy, kiedy myłam naczynia. Nic się nie przypaliło. :)
Jerzyku :*
Dziś tylko wybiegam pamięcią w niedaleką pozornie przeszłość. W czas zabawy i radości. I dziękuję toważyszom przygód.

O północy były całuski…

A potem zimne ognie :)

W międzyczasie były tańce, ale źle wyszłam na zdjęciach :>
Po usłyszeniu tej historii wczoraj nie mogłam się powstrzymać i spytałam Danusie czy mogę tu umieścić. Zgodziła się, więc do rzeczy:
Międzynarodowość obejmuje polsko - angielską znajomość. W skrócie - ona polka, on anglik.
Rozmowa między mną a Danusią zapisana na gg. Pozwoliłam sobie odrobinkę zmodyfikować tu i tam :>
Danusia: a wiesz, On się do mnie nie odzywa od miesiąca ;P
Ja: i?
Danusia: chyba się obraził, że Anglia nie weszła do euro 2008 a Polska tak ;D
Ja: hahaha
Danusia: napisałam mu w moje urodziny: “czy wie że dziś są moje urodziny? a on mi na to “czy wiem że dzisiaj odpadła Anglia”
a ja mu na to że mi przykro ale że Polska przeszła
Ja: no, czyli w twoim prezencie urodzinowym odpadla anglia:P (taaa.. ja i moje małe wredoctwa)
Danusia: a on: “Whatever Poland are shit”
Ja: ojj
Danusia: i od tamtej pory się nie odzywa
Rozmowa krótka, acz treściwa.
Przyznam, że rozbawiło mnie to niemiłosiernie. I choć bardzo rozumiem te męskie footballowe pasje, między innymi dzięki tacie, który nawet cierpliwie tłumaczy mi co to spalony itp., to nie rozumiem angielskiej męskiej pasji do footballu.
Ot np. w mieście, w którym mieszkam w Angli, gdy tylko miejscowa drużyna wygra mecz, to całe miasto, całą noc świętuje. Co odbija się również na moim spaniu :>
Tak czy inaczej, tato mówi, że najlepsza jest liga angielska. Kto wie, może coś w tym jest…
Aaaa, no i trzymam kciuki, żeby w końcu się odezwał, jak już mu przejdzie złość, czy jak to tam nazwać :>
Zakochajmy się w sobie - raz do roku
Postawmy świat na głowie - raz do roku
Bez konsekwencji, bez granic,
bez odpowiedzi na zasadnicze pytania,
raz do roku.
Miło by było, nie powiem. Taki stan, który pamiętam już tylko głową, a nie emocjami. Dawny, jakby odległy. Mimo to, piosenka zespołu Słodki całus od buby i ich piosenka “Raz do roku”, nastraja mnie dziwnym optymizmem, że kiedyś, może niedługo… któż to przecież wie? ;)
A na codzień linia życia ukośna…
Narazie właśnie tak. Po dniach i tygodniach zagubienia i jakiejś klęski, jakby coś się poukładało. Ale to narazie zarys złożony z planów, marzeń i nadziei… i może jeszcze odrobiny determinacji.
Ostatnio też za mało czasu na wszystko. Uczę się testów, bo niedługo egzamin, mam jazdy o nieludzkich godzinach - dziw, że jeszcze funkcjonuję…
Ale idą Święta. W tym roku rodzinnie i w komplecie :) Nie mogę się doczekać. Zamierzam upiec ciasta. Spodobało mi się pieczenie… nowe, tym razem kaloryczne hobby? Ha ha :)
Hm… ja to jestem jakoś dziwnie skonstruowana. Ogólnie na pisanie zbiera mi się wtedy, jak mi źle. A, że ostatnio było dobrze, to nie pisałam. Dziś wprawdzie źle nie jest, ale jakoś nudno… A poza tym, jak już zaczęłam myśleć o blogu i o tym, że trochę tak nie w porządku milczeć, to coś napiszę…
Ale wstęp. Bez komentarza, a do rzeczy: Ostatnio w weekend upiekłam pierwsze w swoim życiu ciasto!
Jakże pyszny Placek Królewski :)
Oczywiście podzielę się przepisem, co to by inni mogli spróbować.
Ciasto składa się z 3 placków i masy. To po kolei:
Ciasto miodowe:
30dag mąki
1 jajko
1 łyżeczka sody
2 łyżki miodu
1/2 kostki margaryny
1/2 szklanki cukru
2 łyżki mleka
Wszystkie składniki należy połączyć, następnie wyrobione ciasto podzielić na dwa kawałki i zrobić z nich dwa placki. Każdy piec oddzielnie po 15 minut w 170 stopniach C. Osobiście doradzam, aby ciasta nie rozwałkowywać, bo się za bardzo klei od tego miodu. Polecam więc rozciągać je już palcami w foremce.
Ciasto biszkoptowe:
3 jajka
3 łyżki cukru
3 łyżki mąki
3 łyżki wody
Składniki utrzeć na gładką masę. Piec 25-30 minut w 180 stopniach C. Muszę się przyznać, że ta część ciasta mi nie wyszła. Mój biszkopt zmienił się w fale dunaju, bardziej z wierzchu przypominając karpatkę, niż puszysty biszkopt. Jedno wiem, żeby nie otwierać broń boże piekarnika podczas pieczenie biszkopta, bo nie wyjdzie!
Masa:
1/2 litra mleka
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1/2 szklanki cukru
2 cukry waniliowe
1 masło
Zagotować mleko, masło i cukry. Dodać rozrobioną mlekiem mąkę. Gorącą masą polać ciasto. Ciekawe zjawisko, otóż gdy zrobiłam dokładnie to co było w przepisie, to masa wyszła mi za rzadka i rozlewała się na wszystkie strony, byleby tylko nie zostać na cieście. Dodałam więc więcej mąki i to pomogło. Choć wydaje mi się, że gdyby użyć budyniu waniliowego wyszło by to samo. I taniej zdecydowanie.
Na koniec, gdy mamy już wszystko, ciasto należy złożyć w następującej kolejności: ciasto miodowe/masa/ciasto biszkoptowe/masa/ciasto miodowe. I można posypać cukrem pudrem :)
Pyszności. A na dodatek na drugi dzień smakuje inaczej i chyba jak dla mnie lepiej :)
Zdjęcie idealnie wyglądającego ciasto zaczerpnięte z www.ciasta.net

Droga była długa. Z domu po wąskich angielskich schodach z wieeelką walizką. Trzask drzwiami, walizka na kółka i niespokojne spojrzenie na zegarek. W końcu zaspałam. Norma. Czym prędzej w prawo, na zakrecie znów w prawo. Oszzzz… walizka sie rozbujała. Nie teraz! Zmieniam stronę ulicy, mijam Sainsburry’ego - przypominam sobie, że dziś jadłam tylko tabletki. Pędzę dalej, zmagam się z tą cholerną walizką. Mijam ten hotel, uśmiecham się do siebie. Mijam czarnoskórego przystojniaka, który patrzy się z ciekawością. Nie wiem, może na mnie, może na moją wielką głupią walizkę. Staram się pamiętać, żeby wysłać smsa, że przepraszam, ale zaspałam. Wreszcie zakręt w lewo, ostatnia prosta na stacje. Jak dobrze, że o tej godzinie to miasto prawie śpi, bo ta ulica cholernie wąska. Jeszcze te przystanki… Uff, zielone. Wpadam na tę stację. Przecieram oczy i kieruję wzrok w stronę departures. Peron 4a. Rozglądam się - to tam. Czemu nic nie mogę znaleźć w tej torebce? Gdzie ten portfel. Przechodzę przez bramkę grzebiąc w torebce. Show u my ticket? Ofcourse, always u show ticket.. bla bla, grzebie w torebce, walizka oczywiście stoi w przejściu. Czasu mi brakuje. No jest. Musiał wziąć do ręki, musiał przeczytać 14 razy.. ja naprawdę nie mam czasu! Dobra, mam wszystko, pędzę. Ufff… nie ma jeszcze pociągu. Dużo tu ludzi, jak zawsze. Chwila minęła, pociąg, tłumy się wysypują. Dobra, jestem w środku, jest miejsce, a walizka i tak stoi w przejściu. Już trudno. Za żadne skarby nie podniosę jej na półkę! Nie lubię tej 1,5 godziny. Tej zatłoczonej trasy, niezależnie od pory dnia i roku. Ech… A miejsce obok mnie, pod oknem wolne. Gdzieś tam jakiś przystojny Anglik wsiada do pociągu. Patrzy na mnie, wyciąga słuchawki z uszu, pyta czy wolne. Mówię, że jasne. Wstaje, mała gimnastyka, skok przez walizkę w tłum. On się jakoś gramoli, mała wymiana zdań o gazecie, która leżała na fotelu. Nie, nie moja. Siedzimy oboje, włożył te swoje słuchawki, otworzył gazetę. I tak pachniał. Słońce świeciło po oczach, kusząc by je przymknąć. Chwilę mnie nie było. Smsy już dawno wysłane, żeby nikt nie dzwonił, nie martwił się. Miliony ludzi w te i we wte przez ten pociąg, Podsłuchuję rozmowy, zagaraniam spojrzenia. W tę stronę pierwszy raz sama. Twarda jestem. Wyciągnął te swoje słuchawki, pytam czy wysiada. Wysiada. To wstałam, przesunęłam walizkę. Wyszedł, uśmiechnął się tak miło. Na dobry poranek, podziękował. Miał ładny szalik, to pamiętam. Usiadłam znów. Była taka przygoda z panią co się przeprowadzała. Ale to nieistotne. Wreszcie London Gatwick, zakładam kurtkę. Wyciągam tę cholerną walizkę z pociągu.
Chwila zastanowienia. To tam, ide za tłumem. Cholera, ruchome schody. Przede mną ludzie, za mną ludzie. Muszę sobie poradzić. Muszę. Chcę zrobić krok. Nie. Najpierw walizka. Unoszę ją, krok na schodek, stawiam obok siebie walizkę. Udało się. Oddycham z ulgą. Wchodzę do tej wielkiej hali. Znów monitory. Lot do Wrocławia, strefa C. Hm… a gdzie to? Strzałka, że w lewo. Idę w lewo, ciągnę za sobą tego kloca. C, gdzie jest to głupie C? Jest, jakieś coś na końcu hali, pod filarem. Luz. Ludzie przepakowują bagaże, ktoś się miota raz w tą, raz w drugą. Docieram. Chwila w kolejce. Podchodzę. Dokumenty. Pani coś tam wpisuje. Konsultacje, pomyliła się i mnie przeprasza. Jeszcze raz. Mamrocze pod nosem coś o moim bagażu, nie słyszę i mowię, że jej nie rozumiem. Podsuwa mi kartę z pytaniami w róznych językach. A wię jestem debilem. Super. Patrzę na nią i po angielsku, że wsio wporządku. Pyta czy przy oknie. Mówię, że byłoby super. Dostaję bilet, na nim dwa kułeczka, co i kiedy. Idę sobie. Mam godzinę. Ostatnie smsy. Szukam spożywczaka. Pułka z kanapkami to jest to. W końcu wybieram jakąś, czwartą z kolei chyba, chrupki (wstyd). Płacę. Idę i jem. Szukam jakiejś ławki. Jest jakaś. Młody czarnoskóry facet, lekko zestresowany. Starsza pani w futrzanej czapce popija kawę. On i ona, polacy, śpią ze stopami na walizce, a obok walają sie buty. Siadam na wolnym miejscu. Jem kanapkę. Z głośnika komunikat, że można mieć tylko jedna torbę bagażu podręcznego. Starsza pani zagaduje mnie, czy to prawda, bo ona nie jest pewna. Mówię, że tak, ostatnim razem musiałam się przepakowywać. Potem już się potoczyło, o bagażu, o tym jak było 8 miesięcy temu, o muzułmanach, o religiach, narodowościach, o tym, że Anglia to piękny kraj, taki tolerancyjny, ze na Uniwersytetach tak wszyscy razem, nie ma różnic itp… Potem podziękowała, że mnie spotkała, że mogłyśmy porozmawiać. Udałyśmy się w swoje strony. Po odprawie czekałam na ten samolot. Na departures “Please wait” a samolot za 15 odlatuje. Już zdąrzyłam całą “bezcłową” obejść. Stoje z innymi i patrzę na ten monitor. W głośniku coś o Łorsoł, my czekamy. Nagle podchodzi jakaś Polka i mówi, że ten co mówili, że Warszwa to nasz, że bramka 12. No to biegniemy, niedługo odlatuje samolot. Burdel na tym lotnisku. Zdąrzyliśmy. Wsiadamy do samolotu, szukam 15F. No co za luksus: nogi mogę wyprostować i jest miejsce jeszcze, dwa okna, drzwi awaryjne, obok nikt nie siedzi. Czekamy. Opóźnienie, bo wciąż nie ma dokumentów. Dobra, jakieś 15 minut po czasie wreszcie startujemy, choć do tej pory nie wiem, jak udało nam się wbić w kolejkę bo samoloty jeden za drugim: lądowanie, start, ląduje, start itd. Lubię już to uczucie, uśmiecham się gdy wbija mnie w fotel. Za oknem wszystko coraz mniejsze.
Pepsi. Znalazłam mapę Londynu, taką promocyjną MasterCards. Wzięłam. Planuję odwiedzić oceanarium obok London Eye. Słońce jak zwykle w oczy. To chyba nieodłączny element tej podróży. Kapitan powiadamia, że 10 tys nad ziemią, że 870km na godzinę. Jesteśmy nad Holandią. Patrzę na to skrzydło, faluje jakby było z tektury. Do tej pory nie wierzę w tę fizykę, że to cielsko może latać. Już Polska, gęste wielkie chmurzyska. Jesteśmy już tak nisko, a nadal nic nie widać. Koło o coś zahaczyło, z nudów myślę, że o czubek góry. Kapitan znów mówi, że w Polsce pada, chłodno i takie tam. Dziekuje za lot. Na koniec wszyscy klaskają. Lubię to. Uważam, że to miłe. Deszcz po szybach, mina mi blednie. Wysiadam z samolotu, siarczyste krople w twarz. Patrzę na bagaże, które mokną w drodze do wózków. Myślę, że to “super”. Polska. Witaj rzeczywistościo.
Potem to już telefony, smsy, tato po mnie przyjechał. Marznęliśmy, gupi kierowca autobusu, autobus, moje miasto, deszcz, wreszcie dom. Prezenty - słodkości. Kocham ten dom, te miejsca. Ale nie lubię tu wracać w ten sposób…
Na początku nie wyszło tak jak miało, no ale zdarzają się potknięcia. Ale w końcu wypoczeliśmy i na drugi dzien, a nawet ten sam wieczór zrobiło się ok :)
Szkoła językowa załatwiona, i naprawdę mnie to podbudowało, że mam dobry poziom angielskiego i że nie długo będę się musiała uczyć :) Trochę problemów z gramatyką, no ale się nadrobi. Nawet mogę sama w domq zanim tu wróce, bo co by tu robić do stycznia? Good idea ;)
Dziś miałam spotkanie z panią, która w Oracle sprzedawała takie zestaw do pielęgnacji paznokci naturalnymi sposobami ;) Po pierwsze podkusiło mnie, żeby dać jej się zbałamucić, tj. żeby mnie bajerowała i namawiała do kupna ;) Po drugie byłam z siebie dumna, bo naprawdę rozumiałam co ona do mnie mówi tym swoim kluskowatym angielskim ;) i co najlepsze dobrze się bawiłam bo ona była śmieszna i duuuuuuuuuuużo gadała, oj dużo. ;) Nie kupiłam w prawdzie bo drogo, ale efekt mi się podoba :) Moje paznokcie (konkretniej jeden) błyszczą, są nawilżone i takie głaaaaaaadkie na maksa :) A Mariusz powiedział, żeby to dać na bloga to jest ;) Ha. i jego paznokieć też załatwili :P
Poza tym to wypoczywam, wreszcie coś robię, załatwiam i to mnie buduje.
Mój obecny stan, nawet tak obecny jak chwile wcześniej na tym oto zdęciu:

Może zacznę od tego, że ciągle się nie wysypiam. W zeszły czwartek wstałam bladym świtem, bo wyjazd do Wrocławia. Wróciłam wieczorem zmęczona, a tu w piątek rano pobudka, pakowanie i heja w góry. W górach śniegu za kostki, a sen od 2 do góra 8 rano. Potem w poniedzialek pobudka bladym świtem kolejnym bo jazde miałam. We wtorek po 9 obudził mnie telefon i już nie mogłam spać. Dziś znów wczesne rano, bo kolejna jazda. I jakoś puki co nie szykuje się na to bym mogła odespać. Umre z niedospania… Albo co gorsza spowoduję wypadek drogowy. ;-)
I zostanę kierowcą rajdowym :D
A tak bardziej na serio to moje ostatnie stany emocjonalne przyczyniły się do powstania kilku wierszy w moim skromnym repertuaże.
Ostatnio grałam też na gitarze i śpiewałam przed zapatrzoną w siebie publicznością. I znów zrobili ze mnie szafę grającą… Zioło :*
I jeszcze nadawałam przez radio na JOTA - Jamboree On The Air. To już moje drugie.
Tym razem pojechaliśmy w Kotlinę Kłodzką, by wjechać na Śnieżnik. Niestety spadło nam dużo śniegu i za przyjemnie nie było. Mgła, zimno itp. No ale w schronisku pod szczytem byliśmy, ale łączność tylko na ręczniaku. No już trudno. Ale tu kurcze jakiś układ działa, bo co się nie pojawię w górach z radiem, to się łączności zrobić nie udaje i spada śnieg. To na pewno wina UKŁADU!!!
Moje plany na tzw. przyszłość się klarują, ale czekam jeszcze na bardzo ważnego maila i doczekać się nie mogę :/
A tu kawałek tego, co powstało ostatnimi czasy:
Za każdym razem
coraz mniej mnie to zadowala.
Nie maluję rzęs,
bo wodoodporne tusze nie dają rady.
W lustro nie patrzę,
bo nie chcę już widzieć.
Coraz bardziej bezbronna jestem,
naga przed swoimi myślami…
Burzę się jak stary dom.
(18.10.2007)
Boże, daj mi siłę
bo już nie mogę!
Nie wiem, czy wierzę,
ale to teraz nieistotne…
Mogę zwalać na PMSy
czy inne frustracje,
ale czy to aż takie straszne,
że chcę rozwalić mu łeb?
Zakopać w ogródku? Powiesić?
Jestem tylko małą,
zmęczoną kobietą.
(16.10.2007)
Od jakichś dwóch dni mnie roznosi. Wszystko przyprawia mnie o wrogie nastawienie do rzeczywistości! Irytują mnie rozmowy, coś co czytam a nie rozumiem. Może to przez te jazdy samochodem = godzina stresu w ciągu dnia, raz na jakiś czas? Sama już nie wiem. A może to taka ogólna frustracja z powodu nic-nie-ro-bie-nia, kompleksów i zagubienia? Emocje ostatnio uzewnętrzniam przez wiersze. No można by pomyśleć, że to jakiś przełom, bo od tak dawna nie pisałam.
W domu mnóstwo książek się zawsze przewalało, a od paru tygodni także w moim pokoju. Czytam. Poza tym internet. Rozmyślanie o tym, że się sobie NIE PODOBAM, które mnie irytuje…
Dostałam już swoje kolczyki ;) Przecudne.
A i jeszcze “seksi bajki” :> Przeglądałam dziś statystyki mojego bloga. A tu się okazuje, że ktoś wlazł, brzydko mówiąc, na mojego bloga, wpisując w wyszukiwarce to hasło. I o ile to jeszcze jakoś ujdzie, choć nie wiem skąd się wzięło, to hasło “psychoza maniakalno-depresyjna” nie robi mi zbyt dobrej reputacji w sieci. Być kobietą, być kobietą…
I jeszcze na dodatek zaatakował mnie jakiś biedronko-podobny stwór…
Odebrałam dziś wreszcie swoje płytki Coma’y, wyczekane długo, bo przesyłka szła aż skądś tam, a pani na poczcie jadła jabłko. Aż się w końcu zaczęłam śmiać przy tym okienku. Nieważne. A właściwie to bardzo niemiło powiedziane “Dowód prosze!” mnie prześladuje odkąd wróciłam do Polski. Pan celnik, pani na poczcie już ze dwa razy…
Obudził mnie dziś telefon z miłą wiadomością, że mają dla mnie instruktora i mogę zadzwonić i umówić się na jazdy. Tak więc oto, moja pierwsza jazda, niebieską “Pandą” o 10.00 w piątek. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam! Pan instruktor podobno jest bardzo wymagający, ale, że mnie dużo nauczy :P Spytałam czy jest cierpliwy. Nie wiem czemu D. zareagowała śmiechem ;)
A co do próżności, to oddaję się ostatnio nałogowi zakupów ;) Pochłonął mnie mój ulubiony sklep internetowy… Nie wiem, czy zdradzać jaki… Hmm…
Otóż to jest www.wylegarnia.pl - internetowa wylęgarnia talentów, gdzie młodzi (i nie tylko) robią swoje produkty, z reguły biżuterię, bibeloty do domu, czasem ciuchy i to sprzedają. Tak więc każdy egzemplarz znajdujący się w tym oto sklepie jest jeden, jedyny, niepowtarzalny. Aaaaa i ostrzegam. Wchodzi się tam tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność!
Wracając do tematu próżności. Zakupiłam dziś dwie pary przecudownych kolczyków ;)
Jedne to: “Mundek i Olo” - Wykonane z lekkiego drewna sosnowego (grubość płytki 3mm, szer.ok.1,8cm, dł. z zawieszką ok.6,5cm), bigle posrebrzane, malowane farbą akrylową, zabezpieczone lakierem.

A drugie: “Energia elektryczna” - Kolczyki wykonane z żarówek, żyłki oraz szklanych koralików. Długość bez zawieszki ok. 5,8 cm.

Tak, tak, dobrze słyszeliście ŻARÓWEK :D Są po prostu przepiękne… zresztą sami oceńcie. :)
Poza tym to mam randkę z moim kochanym Szymkiem. ;) Normalnie spotkanie po latach! Ale to za tydzień w czwartek. Muszę zapisać, żeby w tym natłoku zajęć nie pomylić 14.15 z 14.10 ;P Aaaaaale się cieszę! :D Ale teraz to już chyba wypada mówić Malwinka, nie Szymek. Bo trochę czasu minęło. Postarzeliśmy się wszyscy, może nawet za bardzo… Oho, ale mnie nastrój bierze! Ciii…
A jutro dzień we Wrocławiu i zakupy z Mariuszem. To będzie niezapomniane przeżycie. Wrócę zmęczona. Jestem tego prawie pewna :P
A z dedykacją dla Justyny, kolejny wyszperany wiersz:
Stań na skraju lasu,
tu szum drzew przywołuje strach…
Za liściem
cicho trzepocą skrzydła motyla,
który kryje się
przed deszczem boskich łez.
Panie,
zmróż oczy
by zapadła noc…
Pozwól żyć nietoperzom
spijającym krew,
jak kochanek pocałunki z ust kobiety.
Nocą
las szepcze swą pieśń…
sza…
Usłysz, jak oddycha czyjś strach…
(luty/marzec 2005)
No nareszcie się udało! Zdałam. Narazie tylko wprawdzie tylko testy na egzaminie wewnętrznym, żeby móc zacząc jazdy, no ale to zawsze coś! Wykułam wreszcie i rozwaliłam je skubane. ZERO błędów. I jeszcze innym pomogłam. Buehehe, kto by pomyślał. Tak więc pokażę odrobinę swojej próżności i chwalę się wszem i wobec, że zdałam :D
Poza tym kupiłam dziś spodnie. Udało się. I do tej pory w to nie wierze, bo w tym mieście poza rurkami naprawdę trudno znaleźć spodnie. A jakby ktoś miał wątpliowści, rurek nie noszę, bo się sobie nie podobam. Może jakbym nosiła rozmiar 36… No właśnie. Ale nie noszę, więc … Tak, czy inaczej, kupując spodnie dostałam gratisa. Mogłam sobie sama wybrać między pilniczkiem do paznokci i czymś tam jeszcze, a centymetrem krawieckim. Więc, tak oto, jestem szczęśliwą posiadaczką nowego, jeszcze nie rozpakowanego, centymetra krawieckiego :D
I mam też oczywiście dalsze części “Pamiętnika KSiężniczki” :P, co skłoniło mnie do rozmyślań nad moimi talentami. Wygrzebałam więc Magiczny Zeszyt i cofnęłam się troche wstecz…
I take your palms
and it cherish my breasts
I take your lips
and it kiss me passionately
I take your tummy
and I breathe before
I take your back
and I embed my fingers from delight
when now
I make love with your body, your thought,
your glance…
(polish version - 18.03.2007, english version - 9.10.2007) :)A tak poza tym, to jeden z mmsów jakie dostałam ostatnio z Angli. Soooo sweet :>

Aby rozpocząć tę radosną historię trzeba by się cofnąć parę dni wstecz, kiedy to Żaba zagadu-gadał, czy aby przypadkiem jestem mieście. A że byłam, to rozmowa się potoczyła dalej. w skrócie chodziło o to, że jest jakiś tam konkurs piosenki turystycznej w piątek, że jakieś tam Dni Gór już ponoć tydzień trwaja, a więc jest i okazja. I że on tam z kimś na ten konkurs i czy ja też. Znaczy się czy mój głos też. Zgodziliśmy się więc (ja i mój głos) i wczesnym, piątkowym, jakże bladiuchnym świtem na 9.30 podreptałam do “Bolka” na tenże konkurs.
I niby glancuś, ameryka, ale konkurs przeniesiony na 15, wcześniej trzeba było jakieś zgłoszenia, a ja wstałam na dodatek bladym świtem. Informację przyswoiłam, przeanalizowałam i wróciłąm do domu. Bo mama na urlopie i można z nią spędzić trochę czasu, bo w domku najlepiej, bo nic mi się nie chce, a poza tym jest rano.
Mama kazała z psem do weterynarza na szczepienie, który zamienił sięw galaretkę jeszcze przed szczepieniem, a nie po, więc przynajmniej jestem pewna, że to niezupelnie wina szczepienia. Faceci. Znaczy pies, ale też facet :P
Rajd po mieście z mamą, babska gazeta “Zwierciadło” - jedyna warta paru złotych i mojego czasu. Do biblioteki po filmy, ksiązki. I tu właśnie następuje moment komediowy - poszłąm się zapisać do biblioteki dla dzieci. Bo “Pamiętnik księżniczki” byl tylko tam. Myślę sobie 3 tomy wystarczą na weekend. Phii, do 4 rano nie spałam i przeczytałam wszystkie 3 jednego dnia… Ja to się sobie czasami dziwię. I teraz czekam jak ta wariatka do jutra, żeby iść do biblioteki po kolejne tomy! Tylko co ja zdrobię jak już wszystkie przeczytam?
I czy tylko ja z takim entuzjazmem czytam o 14latce, która zostaje księżniczką? Która nigdy się nie całowała z języczkiem, nie ma biustu i ma ponad metr siedemdziesiąt wzrostu? Zwariowałam. No zwariowałam!
Dobrze, że Mariusz wczoraj mnie odwiedził, bo przynajmniej przestałam obsesyjnie myśleć o tej książce. Wieczorem uśpiło go moje towarzystwo i nawet na Prosiaczka się nie obudził! Nie do pomyślenia! i żeby obsesji nie było mało, to teraz męczy mnie, czy jest ścieżka dźwiękowa do tej bajki, ale w wersji polskiej. Chyba zaraz spisze tekst piosenki z filmu…
“Ma Tygrys powody do dumy i powód ten dobrze zna, bo całe ciało ma z gumy…” ;-)
A dziś spanie do 13, mordęga z testami na prawko… Aż mi się móżg zlasował.
A to takie dwa potwory, które mają stałe miejsce w moim serduszku i bardzo będę za nimi tęsknić!:

Poza tym brzuch pełen brzoskwiń z puszki. I jeszcze nie mogę się zdecydować czy kończyć czytać książkę Grocholi “Zdążyć przed pierwszą gwiazdką”, czy oglądnąć film “Skazany na bluesa.”

Pozostanie wspomnień garść i smak twoich łez.
Znów za rok popłynąć chcę na mazurski rejs.
Szlakiem pustych dzikich plaż płynie moja łódź,
tutaj każda letnia noc ma smak Twoich ust…
Troche czasu juz minelo odkad tu jestem. No nawet sporo. Gdzies w plikach odgrzebalam zdjecie, jedno z pierwszych, bo lecialysmy wtedy samolotem :)
Unikalne widoki prosze raz:

I tak wspominam sobie, co sie wydarzylo. To co jeszcze moze sie wydarzyc. To co zostalo w Polsce i mysle o tym co siedzi w mojej glowie.
Jak zwykle za duzo mysli, za duzo spraw.
Apropo wspomnien, to to zdjecie powstalo po powrocie brata do Angli. Przywitalysmy go milym akcencikiem na dobry poczatek. Chyba mu sie podobalo. :)

Jak na prawdziwe sielankowe zycie przystalo mam takze czas na obijanie sie. Wytypowalam kilka najlepszych miejsc w tym oto zagranicznym moim swiecie. Jednym z najblizszych jest park z Lwem. Jedni mowia ‘lajn’ inni mowia ‘ljon’ a jeszcze inni inaczej. Po polskiemu w kazdym badz razie bedzie Lew:) Dlaczego? Bo na srodku stoi sobie takie wielki monument z wielkim Lwem, ktory posiada rownie wielkie przyrodzenie jak on sam…. (pozostawie bez wiekszego komentarza).
Smiem twierdzic, iz budowal to jakis facet… ;)
A oto zdjecie zrobione w pierwszy dzien po moim przybyciu do UK.

Aktualnie nie nosze jeansow na codzien, bo to nieladnie. Jeansy to tylko do pracy itp. Kobieta ma byc kobieca…. A bzydurya! ;) (Jasne ze nosze.. ale te akurat sluza do pracy).
Naszym, czyli moim i Danusi, a po malu tez naszych znajomych, jest zabranie odpowiedniego prowiantu do parku, koca i dobrego humoru oraz APARATU. Plan jest taki: rozkladamy koc, sciagamy buty, ukladamy sie wygodnie i palaszujemy cale pudelko lodow :>

I oczywiscie mnie przylapali….
Ten park jest najblizej. Jest jeszcze jeden. Wzdluz Tamizy, ogromne polacie trawska…
I jest jeszcze jeden, na Caversham’ie. Tez nad Tamiza. Z klubami sportow wodnych, jakich tylko chcesz. I jeszcze sie pochwale, ze na jednym z magazynow z lodkami wisiala wielka skautowa koniczynka… Czyzby jakas druzyna skautek? :) Az mi sie milo zrobilo i obcokrajowym znajomym sie pochwalilam ze to to… No dobra… takie male zboczenie. Zawodowe. Rzecz jasna. :)
:* dla Jerzyka
:* dla Mariusza
:)
Dawno mnie tu nie bylo. Cholernie dawno. Ten czas jakos dziwnie plynie, nieublaganie, za szybko. Tak, tak, za szybko.
Zarowno dzis, jak i tydzien temu w niedziele bylam nad Oceanem z przyjaciolmi. Az mi dech w piersiach odebralo. Ten zapach, ten smak (boszzzz… do tej pory czuje sol w ustach!), ten widok…
Mimo, iz sobie tutaj normalnie zyje, z czasem na relaks rowniez, to chyba pierwszy raz tak naprawde wypoczelam nad oceanem. Nie rozmawialismy o pracy, funtach. Tylko plaza, relaks, sloneczko…. Az niemozliwe ze ja wylezalam na plazy bez marudzenia. No dobra, bez wiekszego marudzenia :) I nawet sie opalilam. I nawet poltorej mojej nogi i brzuch gdzieniegdzie (nie wiem, moze ja krzywa jakas jestem?). Dzis wprawdzie nic a nic mnie Slonko nie chwycili… kto wie, moze mu sie moje paski bialo - ciemne na brzuchu podobaja? Slonku oczywiscie. Bo komoz by innemu? :)
No ale cudownie. Naprawde. I dla swojego relaksu i zaspokojenia wrodzonego wredoctwa zamieszczam ponizej zdjecie tegoz to cudownego miejsca na ziemi :)

I jeszcze rybcia. Co to zeby sie malej Kasi nie nudzilo :)

A na tej plazy bywam w srodku tygodnia. Tak, tak, dobrze widac. Srodek miasta, srodek ’shopping centre’, tuz nad rzeczka :) I zawsze kupujemy ice creamy w tym McD na przeciwko i prawie jak w Bournemouth. Tzn nad Oceanem :)

… mojego organizmu.
Czy mozna uzaleznic sie od pracy? A konkretniej jej wykonywania? Chyba mozna. A przynajmniej moj organizm moze. Gdy mam dzien wolny od pracy, budze sie rano i nie moge zgiac palcow. Mam spuchniete dlonie i nienawidze ich jeszcze bardziej niz zwykle.
Natomiast gdy pracuje wszystko jest w jak najlepszym porzadku. Dziwne. Moze jakis nowy rodzaj choroby? Lubie choroby, wiec czemu by nie miec nowej? Coz.
Poza tym jest super.
I ogolnie to zabrala mnie juz powodz.
Jakis afganczyk porwal mnie i wyznal milosc. Mam zostac jego zona. Tylko nie wiem ktora. Nie wiem czy ma jakas. Ale mi to nie przeszkadza. Luz.
I nic nie jest depresyjne. Poza tym, ze tesknie. I tyle.
Pierwsza notka z serii tych zagramanicznych, wiec bez polskich liter, a po cudownie odzyskanym pradzie.
Wczoraj po juz chyba tygodniu braku pradu i cieplej wody, wychodze z pokoju, a tu swiatelko sie na schodach na dole swieci, wiec krzycze, ze ja tez chce. Za chwile tup tup tup tup itd. i wpada banda 15 chinczykow… No to jestesmy uratowani! Wywala tych kretynow, ktorzy zadymiali i przez ktorych nie bylo pradu i wody. Mala chinka (wlascicielka) krzyczy, bo tym razem ma chinska obstawe, open! open! get out, get out! “potulni” lokatorzy na to ze tomorrow, a chinka ze not tomorrow! today! i takie tam… I kolej w srodku nocy zostal wywalony z chaty.. mrauuu.
Najpierw wylaczyla prad, potem calkowicie wode. W koncu zimna woda wrocila - cieszylismy sie… Potem zabila drzwi, co to by wyjsc nie mogli. Straszyla ze nasle na nich wielkich murzynow - ochroniarzy z jej Night Clubu. Az w koncu wpadla “armia” chinczykow i zrobili porzadek. W kupie sila! Malymi grupkami po 2-3 miliony… :-) Ja nie wiem… jakies chinskie metody…
Zmeczona jakas jestem, moze troche smutna…
Podoba mi sie tu. Lezalam na zielonym do bolu trawniku. Jadlam bezowe kebaby i angielskie cookies. I wiele innych rzeczy, lacznie z polska zupka w proszku - amore pomidore :D
Ide prasowac ubranka, skoro juz jest prad…
Ja i moj kochany braciszek na laweczce nad Tamiza z trawnikami w tle:

I właściwie kończy się sielanka… Ostatnie dni były naprawdę cudowne i szkoda, że już się kończą. Ale może po kolei…
Wspaniałe dni są chyba przez ostatni okres najczęściej jak można.. czyli codziennie :P
W piątek wypad na Ślężę, ale o tym już było. W sobotę trochę odpoczęłam. Odespałam to i owo, poszukałam w necie rozwiązań na najbliższe dni i sprawy. I co najważniejsze, skończyłam czytać książkę. Jak narazie chyba ostatnią w języku polskim przed wyjazdem. Ale bądźmy dobrej myśli :) W niedzielę spałam dłużej niż do porodu o 7.55, ale można, w końcu to już po raz 19ty, to człowiek się już nudzi, a i mama mówi, że w domu (brzuchu) się nie mieszczę. Trochę żałuję, fajnie byłoby zobaczyć brzuch od środka, tym razem w sposób świadomy. Ale nie można mieć wszystkiego. Od rana śliczne róże od mamy i czekolada… Diety nigdy mi nie wychodziły, ale jakoś mi nie zależy. Ciastka też mama kupiła, bo potem Monisia miała wpaść w odwiedziny:) I przylazło to takie, nawet bramki otworzyć nie umiało, mimo, że specjalnie zostawiłam na te okazję otwartą, co to by się nie męczyć i nie bawić w otwieranie :) Lenistwo dobra rzecz - rozwija ciało i umysł! Od Monisi piękna branzoletka i kartka urodzinowa :) Tylko jak zwykle kartka nienormalna i nie ma jak jej powiesić. Monisia się spiera, że normalna, ale kto by jej tam wierzył? Artystka - dosłownie i w przenośni!
Plotowałyśmy, jak zawsze, aż tu nagle zjawił się Jerz z wielkim “buuu”, ale musiał poczekać, aż skończymy wszystkich obgadywać (jego już skończyłyśmy, zanim wszedł:P) tak oto zjedliśmy (no dobra, obrzarliśmy się ciastem.. mniam mniam), a potem udało mi się ich namówić na poszukiwanie skarbów. Nie znaleźliśmy, ale ja się nie dam. Właśnie przed godziną, czy dwiema, namówiłam Mariusza, że jak wrócimy, to idziemy poszukać tego geocacha!
W poniedziałek świętowałam, ale tym razem za M, G, R i kropke :* Bo mój najlepszy przyjaciel jest już magistrem i mogę się z nim wozić po mieście :) Już go chwaliłam tyle razy za tego magistra, a jemu i tak mało… Faceci :P Ale i tak go uwielbiam :)
We wtorek wreszcie upragnione góry. I choć już prawie byłam pewna, że jade do totalnej dziury na mapie, to okazało się to być miejscem jak z bajki. Ośrodek prawie pod górami, za oknem góry i uśmiecham się bo widzę góry. Żałuję tylko, że pogoda nam nie dopisała i nie udało nam się wdrapać w te góry. Zmarzłam straszliwie, ale warto było. Z drugiej strony cieszę się, że nie udało nam się iść w góry, bo to znaczy, że mam tu niezałatwione sprawy i jest pretekst aby pojawić się tu jeszcze raz. Zresztą, czy napewno muszę mieć pretekst, aby się tu pojawić? Raczej nie…
Niestety “sielanka” dobiega końca. Jeszcze tylko dumna z siebie jestem, bo na SP6ZPZ/6 udało mi się złapać Chorwację. Szkoda tylko, że nie na swoim znaku, ale ślicznie na QSLce zaznaczyłam kto to ja jestem :)
A teraz to już sobie siedzę w hufcu Bystrzyca Kłodzka i czekam na autobusik do domu. Jutro wielki dzień. Dziś za to dziwnie spokojna i zrezygnowana. Może to z powodu bezpieczeństwa jakie daje mi człowiek, który właśnie obok mnie siedzi, a może też to, że nie czuję się dziś najlepiej. Wolę to pierwsze… Szkoda tylko, że wyniki matury będę przeżywać zupełnie sama.
Ech… przyzwyczaiłam się. Ale to nie znaczy, że tak chcę.
Obiecana wyprawa doszła do skutku w końcu dzień później. Z powodu deszczu, burzy, ulewy, piorunów, okroooopnych grzotów i strachu (mojego rzecz jasna).
Zaczęłam pisać tego newsa na palmtopie na szczycie Ślęży, kiedy to właśnie sprawnie macając patyczkiem niby klawiaturę, pacnęłam sobie “wstecz” i się wszystko skasowało. A żeby nie poddać się wszech ogarniającej frustracji postanowiłam nie pisać go już drugi raz. Stamtąd bynajmniej.
Jak zwykle moje wędrówki nie mogły być zwykłe, tak samo i ta. Autobus nie jechał tam, gdzie ja chciałam, żeby jechał, więc pare kilosów on foot trzeba było przejść. Potem po drodze na górę atakowały mnie potwory. Wielkie, skrzydlate, pomarańczowo-czarne, bzyczące i wredne i padkudne i przerażające! Jeszcze nigdy się tak nie bałam. A Mariusz twierdził, że one mi nic nie zrobią… Jaaaasne… Już w domu z mamą doszłyśmy do wniosku, że to mogły być zmutowane pszczoły leśne. Czy tam osy… mniejsza. Potem Mariusz nagle stwiedził, że szukając swojego skarbu włączył naprowadzanie do mojego skarbu. Cóż :> Na szczycie było zimno i pupa mi odmarzła jak siedziałam na Niedźwiedziu. Ale w końcu sama chciałam mieć na nim zdjęcie:D
Skarb OCZYWIŚCIE odnaleziony! Tylko, że to uzależnia… Już wiem, że jutro pójdę po kolejną skrzynkę… Trzeba będzie kupić GPSa… Ratunku!
Dziś dużo rozmawialiśmy o ślężańskich legendach, o końcu świata, durnej drodze rowerowej. Zrobiono mi śliczne zdjęcia, a nawet ja też jakieś zrobiłam. Herbata w schronisku, tym razem w sezonie. W głowie radość i chęć na nieznane. Marzenia, plany i wakacje. Radość.
Hmmm… Mam teraz w domu małego ślężańskiego Niedźwiedzia. Teraz jeszcze sprawię sobię miniaturkę Kręgla i będę miała swój własny, prywatny, malutki Koniec Świata :) Ach te legendy!
Sprostowanie: Istnieje ponoć taka legenda, że jeśli dwie kamienne figury, które znajdują się na górze i w jej okolicach się spotkają, to będzie koniec świata. Jedna z nich to kamienny niedźwiadek, który stoi na szczycie Ślęży (o ten na zdjęciu), a druga to Kręgiel (choć ja uważam, że to jakiś krasnal, albo już sama nie wiem co), który stoi u jej podnóży, w miejscowości Sobódka. Pewnie i trochę prawdy w tym jest. Legenda w sumie wzięła się stąd, że ów kręgiel w ciągu kilkudziesięciu lat przemierzył już ponad 20km. I jakby lęk jest zrozumiały. (Oczywiście pomijamy to, że ktoś tego Kręga przewiózl, bo stwierdził, że tam, w Sobódce będzie wyglądał lepiej, niż tam gdzie był wcześniej:>) Jak już mówiłam - legendy :P

Zapomniałąbym! Udało nam się zrobić jedną, jedyną łączność ze szczytu. I kto ją zrobił? Oczywiście, że ja! Ha! Tylko co z tego, skoro już chyba z godzinę siedzę nad QSLką i nie wiem co dalej… Cudownie.
Dobranoc.
Jak już ostatnio wspominałam, chodziły za mną te cholerne muffiny. I co? A no ugotowałam. A raczej ugotowaliśmy - dziękuję Mariuszowi za podtrzymywanie i pomoc w realizacji mojego obsesyjnego pomysłu.
Wszystko zaczęło się od randki z Tesco w poszukiwaniu foremek do muffinów. Znaleźliśmy, ale były tylko w kształcie serduszek, więc odpadało. A do tego, okazało się, że w ogóle są drogie i nieprzystosowane do moich warunków kuchennych, tj. brak piekarnika elektrycznego. Pokombinowaliśmy i kupiliśmy foremki na babeczki. Sztuk 6. A co! Potem, to już wariacja na temat przepisu i kupowanie na głodnego zbyt dużej ilości składników - mama do tej pory pyta się mnie, po co kupiliśmy aż tyle chleba tostowego, a ja jej na to, że wtedy nam się wydawało, że tyle zjemy. Dla ułatwienia dodam, że to było w czwartek, a chleb jest nadal ;)
Udało nam się wszystko zrobić, objedliśmy się niesamowicie, a od smaku potrawy o mało co się nie rozpłynęłam. Mniam mniam… Z tej oto racji, przedstawiam naszą wariację, tego oto przepisu:
1. Bierzemy chleb tostowy, tyle kromek ile wydaje nam się, że zjemy, choć pozwolę sobie doradzić, że potrawa jest sycąca. Następnie rozwałkowujemy je i za pomocą kubka/foremki/czegoś okrągłego, wycinamy z kromki jak największe koło.
2. Posmarowane lekko masłem kromki układamy ładnie w foremkach (moje były na babeczki), tak, aby utworzyły nam się z kromek miseczki.
3. Tak przygotowane foremki wkładamy do rozgrzanego piekarnika na 8-10 minut, a po wyciągnięciu mamy chrupiące miseczki. Polecam zrobić to, kiedy reszte składników będzie już obrane i pokrojone i tylko zostaje samo pichcenie.
4. Przygotowujemy warzywa: cebulę pokrojoną w talarki, bądź paski, pomidory (w przepisie były suszone, ale my wzięliśmy z puszki - mniam), pokrojone pieczarki na dość duże kawałki, papryka - kolorystycznie pasuje żółta.
5. Wrzucamy warzywa na rozgrzana patelnie, najlepiej wtedy, gdy cebula już zeszkliła się na złoto. Przyprawiamy do smaku odrobiną bazyli, pieprzem i oczywiście solą. Mieszamy, pichcimy tak długo, aż wszystko dobrze się wymiesza, a cebula wciąż jeszcze będzie miękka i soczysta.
6. Na koniec już nasze ciepłe miseczki z chleba zapełniamy pysznym nadzieniem i gotowe do jedzenia. Byle na ciepło!
Cytując Pascal’a “Bon apettite!” :)
(No i oczywiście satysfakcja była nie do opisania !)

Po raz jakże kolejny odnosząc się do tego, że zdecydowanie za dużo myślę, czuję potrzebę przelania myśli na papier. A że ręce mnie potwornie bolą to zamiast długopisu klawiatura, a zamiast kartki blog. Boszzzz.. dziecko popkultury kurcze…
Kurcze, trafia mnie dziś. Mam jakąś taką potrzebę, żeby zrobić ze sobą coś konkretnego. Tylko nie wiem jeszcze co. Pewnie wszystko zaczęło się od niespełnionej potrzeby ugotowania czegoś wyjątkowszego niż zwykle… Głuuupie programy kulinarne. Tak swoją drogą, czemu oni zawsze używają najdroższych składników, jakie można kupić w ogóle? Albo jakieś takie kosmiczne połączenie smaków, że bałabym się to ugotować, ze strachu, że się potruję ja i nie tylko ja, jeśli ktoś nieopatrznie by tego spróbował nęcony zbyt pospolitym wyglądem tej oto potrawy. Przerażające.
I się tak zastanwiam nad tym czymś konkretnym i nie wiem. Już nawet wzięłam słownik francusko - polski, żeby sobie opis z GG przetłumaczyć, bo nie rozumiałam. I czytałam pracę magisterską. I nawet oglądnęłam materiały na kurs wychowawców. Źle ze mną…
Może i bym coś poczytała. Ale wszystko co miałam się skończyło. Samo się przeczytało - jak zawsze. Przydałoby się iść do biblioteki, ale może jutro, bo śmiem twierdzić, że o 23.30 biblioteki są już nieczynne… Na dodatek chodzi za mną najnowsza książka Paula Coelho “Czarownice z Portobello” która nie dość, że jest książką pisarza, którego lubię, to ma jeszcze bardzo intertesującą okładkę. I niby by sobie taką kupić, ale ja przecież nie kupuję książek bo po co, skoro czytam je tylko raz? Oczywiście pytałam w bibliotece, czy będą ją mięli i oczywiście usłyszałam, że tak, ale niewiadomo kiedy, bo to jakieś tam przetargi, procedury itp… itd… Przyznam, że sama się w tym nie łapię. Z filmami sytuacja prawie bliźniaczo podobna…, z tym tylko wyjątkiem, że w niedziele kino i “Niczego nie żałuję - Edith Piaf”. Cieszę się.
I tak przychodzą mi pomysły do głowy i to ciągle nie to… Boszzz.. zróbcie ze mną coś konkretnego!
Myślę sobie o moim kursie, a konkretniej o książkach o robieniu różnych tam takich rzeczy. I była taka jedna noooormalnie super książka o robieniu kwiatów z papieru. I myślę sobie, że chciałabym się nauczyć robić takie kwiaty z tą właśnie książką. Bym sobie siedziała grzecznie-niegrzecznie w domu i kleiła kwiatuszki :) Może ma ktoś taką książkę i już jej nie chce? (Chętnie przyjmę niechcianą książkę…)
Decyzje życiowe podjęte podczas piłowania paznokci. O pareset myśli do przodu.
“Muffins to dość ciężkie, słodkie, ale niekoniecznie, bułeczki. Mogą być z rodzynkami albo z jagodami, z marchewką albo z ziołami, z żółtymi serami albo z nasionami zbóż, do kawy albo do zupy.”
Narazie odpowiedź na jedno z pytań.
Czysty kanibalizm!
Fantastycznie spędzona niedziela w nietuzinkowym towarzystwie :) Dobrze mi.
“Chrupiące tarteletki z cebulą, pomidorami suszonymi i orzechami” namiętnie chodzą mi dziś po głowie - a przynajmniej po tej jej części któa odpowiada za głodek. No dobra, wszystko ok, tylko orzechy bym wykreśliła.
“Pascal - Po Prostu Gotuj” stał się przyczyną tego, że owa potrawa zaprząta mój mózg. Od głodu zaczynając, a kończąc na różnorakich przemyśleniach.
Nie wiem, co mam o sobie myśleć, skoro dopiero dzisiaj dowiedziałam się, żę istnieje coś takiego jak suszone pomidory. Że do potraw używa się też zielonej części pora, a potrawy można wyczarować z niczego i wcale nie musi to być po raz kolejny makaron z sosem, czy zupa jakaś tam - byle tradycyjna. Po raz setny zastanawiam się, czy do tej potrawy wystarczyłyby zwykłe pomidory - o ich istnieniu wiem już od baaaardzo dawna :> i czy udałoby mi się zrobić te kopane tarteletki! Przepis niby nie trudny, ale: skąd wziąć suszone pomidory gram 60? skąd wziąć foremki na muffiny i co to w ogóle do jasnej ciasnej są te muffiny przez dwa “f”? oraz skąd wziąć piekarnik, jeżeli się go nie posiada i w planach - przynajmniej tych najbliższych - nie zamierza się go kupować?
Chodzą za mną te tarteletki i chodzą i chodzą… i chodzą… i chodzą…. Spać nie będę mogła teraz!
I zdecydowanie za dużo się dzieje u mnie podczas tych leniwych i nudnych aż do bólu dni. Boli mnie głowa. Tylko nie wiem, czy od Słońca, czy od myślenia? Zasypianie zajmuje mi coraz więcej czasu z powodu myślenia. Psychicznie nie wydalam. Strzępek emocjonalny. I sama sobie komplikuję swoje plany na przyszłość.
Niech już będzie ten cholerny 29 czerwca, to przynajmniej część tego wszystkiego się rozwiąże.
24.06 zapowiada się… no właśnie, nie zapowiada się i to jest najgorsze.
“Happy end” to chyba jakiś amerykański wymysł. Jak wszystko :P No dobra, nie bądźmy wredni :P Gdyby do tego dodać jeszcze scenę zbiorową, niekoniecznie zbiorowej radości, to mamy “amerykański happy end” jak nic :>
Ostatni wers mojej pracy na prezentacje maturalną z języka polskiego brzmiał mniej więcej tak: “Każda z bohaterek w końcu spotkała się z miłością lub jej brakiem, ale swoistym happy endem jest fakt, że wszystkie swój zwód porzuciły” (Rzecz tyczy się prostytutcji). Prezentacja i egzamin happy endem się nie zakończyły. Chociaż sama już nie wiem. Może z którejś tam strony te 6 punktów w tej chorej sytuacji jaka mnie spotkała, naprawdę zasługuje na miano “happy end’u”?
I książka też się skończyłą szczęśliwie. Wymordowali kilku wprawdzie, no ale przecież wszystko się dobrze skończyło. Ona odnalazła rodzinę, on znalazł upragnionego świętego Graala, a pisarz niewątpliwie osiągnął sukces dziełem “Kod Leonarda da Vinci”. I nie ważne czy ze względu na skandal jaki (to już chyba będzie wieki temu) wybuchł wokół książki, czy przez to, że rzeczywiście była fajna i wciągająca, porywająca itp. itd.
I wreszcie ostatni odcinek Magdy M. - jedynego serialu, jaki udało mi się śledzić z jakimi kolwiek uczuciami, poza obojętnością. Pogodzili się, przeprosili, bohaterowie drugoplanowi się nie liczyli, ale w gruncie rzeczy też byli szczęśliwi, jakby się dobrze przyjżeć. No “happy end” jak nic!
A moje życie? Ja na swoje happy endy czekam cierpliwie. Wyniki matur, rekrutacja na studia, lot samolotem… kilka marzeń do spełnienia. I jeszcze pare spraw, na happy endy których się niestety nie doczekam. Więc ukrywam skrzętnie to, co nie może wyjść na światło dzienne/nocne/wieczorne/poranne/ i żadne inne. Nie patrzcie tak na mnie. Po prostu w życiu czasem się nie ryzykuje…
Happy end dnia dzisiejszego: Wymarzona kurtka CampuSa w kolorze czerwonym w rozmiarze S - nie wiem jak to możliwe:P w prezencie na urodziny, których bądź co bądź jeszcze nie było.
Minął już drugi dzień zajęć na kursie wychowawców kolonijnych, który właśnie robię. Szczerze mówiąc, cieszę się, żę mi się udało i robię go właśnie teraz.
Kurs wywołał we mnie wiele wspomnień, z tej części mózgu, w której prowadziło się jako taki dziennik wychowawcy na obozach. Przypomniały mi się te wszystkie ekstremalne sytuacje, które w normalnym życiu chyba nie mogłyby się zdarzyć. Choć jak tu zdefiniować normalne życie, skoro przez większość życia było się harcerką, a obecnie jest się opiekunem, wychowawcą jakiejś tam grupy. No teraz to może już nie, ale całkiem dawno-niedawno. Jak sobie o tym wszystkim pomyślę, to sama się sobie dziwię, żę udawało mi się rozwiązywać takie a nie inne sytuacje. I choć przyznaje, nie zawsze było łatwo, nie zawsze wiedziało się co ma sę zrobić, a co więcej nie miało się wsparcia ze strony reszty kadry. Co jak co, ale takie dwa tygodnie z banda rozwrzeszczonych dzieciaków, z mnóstwem debilnych i nie wiem skąd biorących się pomysłów to szkoła życia. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak to daje w dupę. (Oczywiście ten, kto wychowacą nie był.)
A jednak coś jest w tym wszystkim. Na te dwa, trzy tygodnie zmieniasz się, zaprzyjaźniasz sięz tymi wszystkimi ludźmi na ten czas. Heh, ja do tej pory na ulicy widzę np. któregoś z moich uczestników i mimo tego, że mają po 17 lat, myślę sobie “moje dzieci” :) Już nie pamiętam imion, ale twarz gdzieś zostaje w głowie. I tak nawet miło, że mówią cześć, dzieńdobry nawet jak minął rok czasu, a tak naprawdęna obozie oboje daliśmy sobie w kość.
Zaskakujące, żę dzięki swojej charyźmie, zdolnościom itp. można osiągnąć tak wiele. Porwać tę grupę ludzi, przeprowadzić zajęcia, czegoś nauczyć, wybrać się na wędrówkę, a dzieci dziękują za właśnie okazane im zainteresowanie, pomoc itp. Choć tak trudno być czasem matką, kumplem, przełożonym jednocześnie to chyba warto. Bo ilekroć dają mi w kość to i tak chce się jechać i “bawić się w te klocki”. Można spotkać tyle kreatywnych osób, nauczyć się czegoś zarówno od dzieci jak i kadry, co przydaje się na całe życie.
Tak sobie siedzę na tym kursie i można powiedzieć, że się nudzę. Bo jeśli było się już na obozie, poznało się to wszystko w praktyce to naprawdę dużo. Teraz siedzę tam, słucham tego wszystkiego i rozmyślam. To było na tym obozie, to było na tamtym obozie. Tak ja też spotkałam się z taką sytuacją itp.
Z tego miejsca chciałabym życzyć sobie i wszystkim przyszłym wychowawcom, aby mięli złote dzieci. Żeby obóz był dla nich , ale przede wszystkim dla dzieci wypoczynkiem i dobrą, bezpieczną zabawą. Abyśmy mięli dużo zapału , kreatywności i pomysłów, aby być jak najlepszym wychowawcą. :)
Dziś na którychś tam zajęciach padło takie zdanie. “Opiekujcie się powieżonymi wam dziećmi, jakby każde z nich było workiem złota. Bo przecież worka ze złotem nie zostawicie na ulicy bez opieki itp.” Coś w tym jest. A zdanie też mi się podoba. I odnosi się trochę do takiej pychy, którą każdy ma w sobie, że chce czasem czuć się wyjątkowy i najważniejszy, nawet jeśli tych wyjątkowych i najważniejszych wokół mnie będzie jeszcze 15…
Moją ulubion, bo chyba najbardziej niedorzeczną choć prawdziwą, opowieścią, z tego, co się przydarzyło kadrze na naszej bazie obozowej było to, że któregoś dnia przychodzą wychowawcy podobozu do szefa wszystkich szefów i mówią, że na obozie mają chłopczyka, który mówi po łacinie i w ogóle nie w takim języku jak trzeba, że waży 50kg, a rzuca swoimi kolegami po namiocie. Chłopczyka zabrali, potem był badany przez psychiatrów, lekarzy, a w końcu chyba miał jakieś egzorcymy odprawiane… Archiwum X się umywa normalnie.
Rekrutując kadrę na obozy mogliby wykorzystywać hasło ” Szukasz mocnych wrażeń? Jedź jako wychowawca na obóz z dziećmi i młodzieżą” :D
Wieczorne rozmyślania przenoszę nad książkę i w stronę jutrzejszych zajęć na kursie…
Wreszcie wakacje. Choć muszę przyznać, że szczególnie wczoraj, stres dał mi się we znaki. Dziś rano czułam się jakby ktoś całą mnie skopał i wszystko mnie fizycznie bolało. Zresztą co tu się dziwić po czymś takim. Na szczęście mogę powiedzieć, że mam już to za sobą i pozostaje mi się modlić (?), żeby była to ostatnia matura w moim życiu…
Dzięki maturze, konkretniej dniu poprzedniemu.. taaa, dzięki niemu.. jaaaaasne! Przez wczorajszy dzień dowiedziałam się po raz zresztą kolejny jak władza w rękach człowieka potrafi go zaślepić tak, że tylko chce pokazać co może nie licząc się z drugim człowiekiem, jego marzeniami itp. Potrafi tylko wykorzystywać swoją władzę przeciwko komuś, a nie dla kogoś. Już nawet nie mam do nikogo żalu, czy pretensji. Jest mi tylko tak cholernie przykro…
Dziś siedząc rano taka skopana przed telewizorem z tej racji ze nic w TV nie było ciekawego, zastanawiałam się co muszę dziś zrobić. Nic nie muszę. To naprawdę było najdziwniejsze uczucie od kilku dni, nawet kilkunastu czy kilkudziesięciu… Niesamowite. Aktualnie w żółwim tempie zaspokojam swój głód czytania. Wreszcie mam czas by przeczytać “Kod Leonarda da Vinci”, no naprawdę jestem w tyle… Przyjemnie jest mieć czas na to co się lubi :)
Przyglądam się ostatnimi czasy aferze (dobre słowo) teletubisiowej. No już nawet mój “ukochany” minister Giertych mówi, że nie są złe i jego dzieci je oglądają ;) Zazdroszczę mu tylko torebki, którą dostał od Moniki Olejnik. No ale dziś z okazji Dnia Dziecka (odrobinkę przedwcześnie :P) dostałam swoją torebkę ;) I niech teraz minister mi zazdrości! Szkoda tylko, że nasi politycy zajmują się teletubisiami, a nie służbą zdrowia, tym, że ludzi nie stać na normalne i godne życie. Że emeryci nie mają się za co leczyć, a dzieci nie mają wyprawki do przedszkola, bo rodziców na to nie stać. I nauczycielom też współczuje, bo po pierwsze sama za jakiś czas będę pedagogiem, a po drugie przeżyłam już kilka obozów z młodzieżą tzw. cywilną…
I tak się zastanawiam, czy w jakimś choćby małym stopniu jestem patriotką. Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ktoś kiedyś powiedział “Tam ojczyzna, gdzie chleb.” A tu? Tu na chleb czasem nawet nie starcza. Politycy dumnie mówią, że za 15 lat (!) coś się zmieni w tym kraju na lepsze. Za piętnaście lat w tym kraju już nie będę miała ani chęci, ani sił aby urodzić dziecko, mieć kochającego męża i zamiast być sfrustrowaną kobietą, stać się szczęśliwą żoną i matką. Chińczyki i te inne ludzie pracujące na stadionie 100lecia mówią, że tu “Nie ma dla nas praca. Tu dla Polaka nie ma praca!” Że też w tylu słowach udało mu się zawrzeć tyle brutalnej prawdy. Uczcie się politycy mówić o rzeczach najistotniejszych od zwykłego człowieka! ; Może gdyby nie to, że najpłynniej mówię właśnie w języku polskim, to już teraz zdecydowałabym się na studia za granicą. Może gdyby nie to, że przyszło nam się wstydzić za ludzi rządzących reprezentujących nasz kraj, to z większą werwą potrafiłabym walczyć o swoje marzenia. Może, gdybym nie mówiła po polsku od urodzenia mogłabym spelniać moje marzenia i nie martwić się o byt, przyszłość i godne umieranie? Mam 19 lat, a nawet nie wiem, czy tutaj jest ten chleb i ta moja ojczyzna…
I już na koniec wiersz/piosenka odzwierciedlająca moje braki emocjonalne:
Pyłem księżycowym
na Twoich stopach być,
wiatrem we włosach.
Mlekiem w Twoim kubku być
nawet papierosem.
Ścieżką pośród habrów,
ławką, na której spoczywasz,
książką, którą czytasz.
Przeszyć Cię jak nitka,
otoczyć jak przestwór.
Być porami roku
dla twych pięknych oczu
i ogniem w kominku…
i ogniem w kominku…
I dachem, co chroni przed deszczem.
Muszę to powiedzieć. Pierwszy egzamin maturalny mam już za sobą. I ku mojemu naprawdę przyjemnemu zaskoczeniu nie wszystkie odpowiedzi do czytania ze zrozumieniem mam źle. A to oznacza, że część jest dobrze! Łaaaaaa Naprawdę nie mogło być milszej wiadomości tego ranka.
Dostałam sms od linii lotniczych. A co. Więc to już nieuniknione. Cieszę się. Naprawdę. Tylko jestem zmęczona i odrobine mniej entuzjastyczna. Głowa w chmurach. No a przynajmniej za Wielką Wodą.
Zarówno maj, jak i czerwiec będą miesiącami pożegnań. Nie powiem, żeby mi się to podobało.
Ogarnęło mnie dziś jakieś wielkie zmęczenie. Nie wiem czy gdzieś dziś iść czy nie. Chyba ostatnio mam problemy z podejmowaniem takich decyzji. Nawet wiem czemu. No ale jeszcze nic nie zmieniam, poczekam do czerwca. Ale czy początku czy końca, to jeszcze nie wiem.
Chciałabym, żeby było już po tych wszystkich egzaminach.
Chciałabym, żeby był już poniedziałek.

Radosny dzień. Oj radosny i pozytywny. Taki miły i sympatyczny.
“Świadectwo jest dokumentem potwierdzającym posiadanie wykształcenia średniego.” Podoba mi się. No dumna jestem jak paw normalnie ;) Tak i dorosła, i wykształcona, i dumna, i szczęśliwa, i… tylko zdjęcie mam na nim okropne :P
Przede mną jeszcze tylko kilka czarnych dni w kalendarzu, a potem, aż do 29 czerwca błogość, spokój, cisza, odprężenie i… stres.
4 maja - polski pisemny, 7 maja - angielski pisemny, 17 maja (!!! - mój prowodyr stresu, lęków, stanów depresyjnych i czegoś tam, nie wiem czego, jeszcze) - historia pisemna. 23 maja cudny angielski ustny, a 29 maja nie mniej cudny i przyprawiający o wyrzuty sumienia, że praca wciąż w lesie, polski ustny. A potem już po krzyku i miesiąc, taki jak wyżej.
Aj… a ja już żyje dyplomami na 100lecie skautingu, wycieczką w góry, sprawdzianem 1 czerwca, kursem wychowawców kolonijnych, moim wyjazdem na wakacje. A matura gdzieś tam, po drodze… jakby wciąż nierealnie…
A jutro miły dzionek się szykuje, w gronie trojga, naprawdę ciekawych i specyficznych ludzi :) Aaaa i znów ja i moje sadło idziemy na basen. Tym razem w towarzystwie 2… eee 3.. eee 2? sadeł. Bo sama nie wiem, czy Monisia sie do sadeł zalicza… ale watpie. No dobra. 2 i pół sadła :P
Dobrze mi. Ciesze sie. Tyle milych słów dziś. I mam to niesamowite poczucie, że po raz kolejny dokonałam czegoś ważnego, niesamowitego w swoim życiu. Wspaniałe uczucie.
Zaczęłam się uczyć. Teraz muszę być twarda!
W piątek koniec tego bajzlu. I dobrze. Trzeba zacząć wiele rzeczy od nowa. Tyle mam marzeń i planów, że aż sama nie mogę uwierzyć skąd się we mnie wzięło tyle odwagi. ;)
Chyba jestem szczęśliwa. Choć raczej nazwałabym to spokojem i nadzieją na lepsze.
Mogę i chcę to powiedzieć: Świecie, nadchodzę!
Jest mi dobrze…
Niedziela. Jakoś tak leniwie, ale zrobiłam wszystko, co zaplanowałam i nawet czasu mi troche zostało, i na spacerze z mamą byłam i się wyspałam. Dawno nie miałam takiego dobrego dnia. Pozytyyyywnie.
Słonko świeci coraz dłużej i coraz przyjemniej. Aż tak sobie wystawiam buźkę do słoneczka i się uśmiecham. Tylko przydały by się okulary przeciwsłoneczne bo oczka mnie bolą. Ale wszystko w swoim czasie ;)
Dziś spełniłam swoją zachciewajkę. Oprócz lodów kupiłam sobie balsam i będę się opalać. I będę jeszcze bardziej księżniczkowata niż przedtem. A co!
W ogóle to nie lubię dzisiejszego dnia. To znaczy tego cholernego Prima Aprilis. Już sama nie wiem z kim rozmawiam na poważnie a z kim nie. Ludziom to naprawdę poprzewracało się we łbach. Boszzzz
Aktualnie mieszka u mnie nowy mały przyjaciel. Taki kochany i milutki. Lubi jak się go drapie za uszkiem, albo jak smyra po pleckach. Lubi leżeć na brzuszku, ale dziś nauczyłam go siedzieć. I ma takie dwa małe oczka. Tak mi miło w jego towarzystwie. Ale śpioch straszny z niego, dziś ściągnełam go z łóżka dopiero po 11… E tam, nic nie szkodzi, w końcu niedziela.
Kończąc ten miły dzień jak nie codzień myślę sobie, żę już naprawdę niedużo i niedł







